
Deepak Chopra. Hinduski lekarz, pisarz i filozof zajął się biografią twórcy islamu, Mahometa. Jego Muhammad to opowieść o chłopcu wychowanym przez Beduinów, chłopcu, któremu została przepowiedziana wielka przyszłość. Opowieść o bogatym kupcu, w którym zaszła niewytłumaczalna przemiana, który zrozumiał, że jego powołaniem jest przewodzenie ludźmi. Wreszcie opowieść o powstaniu jednej z trzech wielkich religii monoteistycznej, religii surowej i często okrutnej, religii, której nie rozumiemy, boimy się i często ją demonizujemy.
REKLAMA
Jeśli przyszło by mi odpowiedzieć na pytanie, czy boję się islamu, moja odpowiedź brzmiałaby nie. Nie boję się żadnej z religii, obawiać się mogę jedynie radykalizmu i fundamentalizmu religijnego. Radykalizm i fundamentalizm zakłada bowiem posiadanie monopolu na rację, a każde odstępstwo od pojmowanej przez siebie religijności określa mianem bluźnierstwa. Tego właśnie obawiam się kiedy słyszę o aktach religijnego terroru lub wykorzystywaniu religii do celów politycznych. Te właśnie refleksje towarzyszyły mi w czasie lektury książki Deepaka Chopry.
Mój blog określa jedno zdanie : „miejsce, gdzie książka jest najważniejsza”. Powinienem więc pisać tylko o samej książce. Są jednak chwile, kiedy to nie sama książka, ale refleksje po jej lekturze zaczynają tu dominować. Dziś właśnie jest taka chwila, dziś bowiem przeczytałem informację prasową o obrzuceniu wieprzowiną warszawskiego meczetu. Dzień ten stał się kolejna cezurą w historii muzułmanów w naszym kraju, chciałbym się mylić w swych sądach, że w dniu dzisiejszym przedstawiciele muzułmańskiej społeczności w Polsce spojrzeli na radykalizm zupełnie innym okiem. Chciałbym się mylić w osądzie o syndromie oblężonej twierdzy, który niedługo opanuje polskich muzułmanów. Jaka przyszłość nas czeka? Czy będzie to wojna między pijącymi wino a nie jedzącymi mięsa? Wojna, którą mimo posiadanej przewagi technologicznej nie jesteśmy, jako cywilizacja zachodu, wygrać? Chciałbym się mylić….
Wróćmy jednak do książki… Deepak Chopra uświadomił mi dwie rzeczy, o których wiedziałem, ale tak naprawdę nie do końca zdawałem sobie z nich sprawę. Pierwsza to sposób, w jaki powstaje nowa religia. Ludzie niezadowoleni z istniejącego stanu rzeczy starają się go zmienić. Początkowo słabi starają się robić to pokojowo, gnębieni zaciskają swoje szeregi i starają się rosnąć w siłę, by w końcu niczym długo ściskana sprężyna rozkurczyć się niszcząc wszelkie krępujące blokady i ograniczenia. Taki był właśnie początek historii islamu. Gnębieni uciekli z Mekki, zwyciężali potyczki i bitwy, przetrwali oblężenie Medyny, by w końcu zatriumfować i wziąć wszystko. Druga prawda to ta, że prawdziwą siłą radykalizmu jest przekonanie o własnej nieomylności i o tym, że w walce ich sojusznikiem jest bóg. Właśnie to wojskowi określają mianem wojskowym morale. Pod tym względem religijny radykalizm przewyższa humanistyczne i wolnościowe przekonania. Rozumieli to doskonale władcy Rzeczpospolitej Obojga Narodów starając się utrzymywać równowagę religijną na terenie Litwy i Korony. Tatarzy, w przeważającej większości, lojalni poddani królewscy przybyli na teren Rzeczpospolitej jako jej wrogowie, a jeden drobny zabieg zapewnił ich lojalność. Zabiegiem tym było przyznanie tatarskiej elicie przywilejów równych przywilejom szlacheckim. Idee jagiellońskie jednak nie mają dziś zastosowania. XX wiek zmienił bowiem wszystko. Wspaniały przedstawiciel świata zachodu nauczył muzułmanów własnych sposobów postępowania. Pokazał nowoczesne metody walki, popierał radykałów dla krótkotrwałych celów politycznych, by następnie zostawić ich własnemu losowi. To, co możliwe było 400 lat temu dziś jest jedną z wielu mglistych i nierealnych obietnic, obietnic, które będą złamane. To my, wspaniali przedstawiciele zachodu stworzyliśmy Osamę bin Ladena i mułłę Omara, to my stworzyliśmy radykalizm islamski starając się zaszczepić w muzułmanach demokratyczne idee. Wreszcie to my sprowadzaliśmy muzułmańskich robotników, których dzieci i wnuki nadal są traktowane jak obywatele drugiej kategorii. Sami tworzymy podatny grunt dla radykałów wśród ludzi świetnie znających realia i mentalność ludzi zachodu. Odrzucamy od siebie tych, których ISIS przyjmie z otwartymi ramionami.
I o tym trąbię od lat, wiedząc, że jedyną walką z islamskim radykalizmem jest uatrakcyjnienie naszych wartości i naszego stylu życia. Już bowiem Chang Kai Szek zauważył, że radykalizm ginie w dobrobycie i wzajemnym szacunku.
