Sarah Waters
Złodziejka
Sarah Waters Złodziejka Prószyński i S-ka

Życie Susan Tinder płynie spokojnie. Pomaga w domostwie, czasem coś ukradnie. Wieczorem usuwa inicjały ze zdobytych chusteczek, wyczyści srebrne naczynia, słuchając kolejnych złodziejskich opowieści. Choć wychowywana w domu oszusta i pasera, sama praktycznie ma mało do czynienia ze złodziejskim fachem. Tak jest do chwili, gdy przybyły Dżentelmen składa jej bardzo korzystną ofertę.

REKLAMA
Susan trudno odmówić udziału w przedsięwzięciu i mimo dylematów moralnych, wkrótce wyrusza w przebraniu, by udawać pokojówkę niejakiej Maud Lilly. Na prostej drodze pojawia się coraz więcej przeszkód, zaś wraz z rosnąca więzią pomiędzy dziewczyną a pracodawczynią, zadanie staje się praktycznie niemożliwe do wykonania. Susan zaczyna mieć wątpliwości. A termin skoku coraz bliżej…
Tym razem Sarah Waters przenosi czytelników do XIX-wiecznej Anglii czasów panowania królowej Wiktorii. Wraz z bohaterami, przemierza brudne i zapchane ulice Londynu, podążając za Susan wsiada do pociągu, a kilka godzin później ląduje na zapuszczonej wsi. Wchodzi po skrzypiących schodach i razem z Susan zaczyna obserwować życie podniszczonego dworku.
Dzięki rzetelnie wykonanemu researchowi, łatwo zapomnieć, że powieść napisano na początku XXI wieku, a nie w epoce wiktoriańskiej. Pod względem sensacji „Złodziejka” przypomina książki Dickensa i Collinsa, a narracją – angielskie powieści tworzone pod koniec XIX wieku. Inteligentna zabawa, gra z czytelnikiem – to wszystko oferuje doskonale poprowadzony wątek kryminalny.
„Złodziejka” to powieść, która mógłby napisać Dickens, gdyby był lesbijką. Susan Trinder przypomina Oliwera Twista, zaś Waters sięga garściami z XIX-wiecznych schematów, w tym również dickensowskich. Na szczęście bez zbytniego moralizatorstwa –autorka pozwala na samodzielne wyrobienie sobie opinii przez czytelnika, nie oceniając i nie potępiając czynów bohaterów.
Portret Anglii przedstawiony przez Waters nie należy do najpiękniejszych. Z pewnością to nie portret wybielony. I co ważniejsze – autorka ukazała epokę wiktoriańską, o której się nie mówiło, a z pewnością nie pisało. Życie istniejące pod płaszczykiem elegancji i ogłady, w tzw. ciemnej strefie. Czyli Londyn i prowincja w pełnej krasie. I choć niektórym trudno będzie uwierzyć w ten obraz, to niestety prawda. A dla niedowiarków tym bardziej szokująca.
Sarah Waters w pełnej krasie. To nie tylko świetnie napisana powieść kryminalna, ale i genialny kryminał. Tajemnice, zagadki, miłość, wspaniały język, zemsta, gniew, czyli idealnie dobrane składniki na zaskakującą powieść. I co ważniejsze – mimo swojej grubości – około 600 stron – nie traci tempa i nie zaczyna nużyć nawet najbardziej niecierpliwego czytelnika. Czego więcej oczekiwać?
Marta Kraszewska

Czy chcesz dostawać info o nowych wpisach?