
Jest wiele książek wołających do czytelnika, by je wziął do ręki. Część z nich to książki naprawdę warte przeczytania, ale rzadko się zdarza, by książka sprawiła, iż czytelnik na czas lektury stał się niewolnikiem jej autora. A tak właśnie jest z Przetwórnią Zbyszka Zawadzkiego.
REKLAMA
Przyznam, że sięgałem po tę książkę nieco zaniepokojony. Znam bowiem jej Autora i wysoce cenię sobie jego przyjaźń. Wprawdzie Zbyszek nie oczekuje peanów z mojej strony wiedząc, że jako czytelnika trudno mnie zachwycić, jednak zbyt chłodny i zdawkowy o niej tekst sprawiłby mu przykrość. Na szczęście lektura drugiej strony sprawiła, że niepokój odszedł w niebyt, na stronie zaś szesnastej wiedziałem, że nie pójdę spać, póki nie przewrócę ostatniej kartki.
Z autobiografiami tak już jest, że ich autorzy idealizują świat miniony, tworząc jednocześnie z siebie postać krystalicznie czystą, wierząc jednocześnie, że ich życiowe doświadczenia i ich osądy są niezwykle cenne dla całej ludzkości. Jest to fakt niezaprzeczalny i dlatego unikam wszelkich takich książek jak diabeł święconej wody. Zbyszek na szczęście uniknął tej jakże wygodnej formy, zapraszając nas do swego świata. W świecie tym żyje mężczyzna w słusznym już wieku, kryjący się pod enigmatyczną literą S. Nasz bohater, jak wielu ludzi w dojrzałym wieku stara się uporządkować, przynajmniej we własnej głowie, nieco własne życie. A porządkować jest co, bowiem los pracowicie pogmatwał życiorys pana S, zmuszając go tym samym do wnikliwej obserwacji i analizy otaczającego go świata. I właśnie ta wymuszona niejako umiejętność kształtuje naszego bohatera, który na co dzień napotyka różnorakie sprzeczności. Pierwsze przemyślenia, nieco infantylne, wywołują u czytelnika uśmiech, w miarę jednak jak nasz bohater dorasta jego wnioski są coraz bardziej dojrzałe, coraz bardziej trafne, a oceny pozbawione są zacietrzewienia. S nie będzie bowiem nigdy występować przeciwko światu, S jest bowiem typem, który jest zdolny do jego naprawy, choćby przez próbę wpływu na mentalność ludzką. S będzie więc samodzielnie odkrywać odkrywając i poznając na nowo własnych rodziców, wyzwalając się z więzów dziecięcia, jednocześnie nim pozostając. Bowiem nasz bohater pozostał tak naprawdę tym małym chłopcem poznającym świat i niedopuszczającym do siebie zła, rezerwując dla siebie rolę jego obserwatora, choćby z czysto socjologicznego punktu widzenia.
Jak widzimy, książka Zbyszka to nie tylko subiektywny zapis historii PRL-u. To również, a przede wszystkim, historia człowieka, dla którego własna tożsamość pozostanie do końca tajemnicą. I tylko jedna rzecz jest dla mnie w książce niejasna. Przeplatające się postacie dwóch kobiet, plotkujących w modnej restauracji. Ale to już sam omówię z Autorem przy butelce dobrego wina.
