
Przyzwyczailiśmy się do myśli o istnieniu potężnych arsenałów nuklearnych. Wierzymy, że wszystkie państwa, które nimi dysponują, dokładają wszelkich starań, by należycie je kontrolować. Zabezpieczenie przed niekontrolowaną eksplozją, właściwa ich konserwacja i kontrola nad wszystkimi dopuszczonymi do nich ludźmi. Awarie czy luki w systemie nie mieszczą nam się po prostu w głowie….
REKLAMA
Wrzesień 1980 roku. Wyścig zbrojeń trwa w najlepsze. Nikt nie wierzy wprawdzie w możliwość wojny nuklearnej, wszyscy na świecie zdają sobie sprawę z tego, że woja ta skończyłaby się zagładą całej ludzkości, jednakże nikt nie chce zrezygnować z posiadania broni, która poprzez sam fakt jej posiadania zniechęca do bezpośredniego ataku. To właśnie wtedy w jednym z nuklearnych silosów zlokalizowanych w stanie Arkansas doszło, w czasie rutynowego przeglądu głowicy, do awarii, która mogła się skończyć równie tragicznie, co późniejsza awaria reaktora nuklearnego w Czarnobylu.
Właśnie ten przypadek zainteresował amerykańskiego dziennikarza śledczego Erica Schlossera. Kierował się on zasadą nieufności do medialnych zapewnień wygłaszanych zarówno przez polityków, jak przez wojskowych, iż amerykańskie arsenały nuklearne są bezpieczne dopóty, dopóki nie zajdzie konieczność ich użycia. Dokonana kwerenda odtajnionych dokumentów nie pozostawiała złudzeń- długi czas broń jądrowa była poza jakąkolwiek kontrolą, lub kontrolowano ją iluzorycznie. Czytając opisy zabezpieczeń stosowanych w bazach NATO we Włoszech czy Turcji w latach sześćdziesiątych możemy się jedynie dziwić, że żadna rakieta nie została odpalona przez dywersanta, kawalarza czy załamanego psychicznie desperata. Świat był na krawędzi zagłady, do której mogło dojść bez międzynarodowego napięcia czy iskrzącego konfliktu. Ta wiedza przeraża, bowiem przerażać musi. Korea Północna i Iran realizują w tajemnicy swoje nuklearne ambicje, nie wiemy jak zabezpieczane są arsenały Rosji, Indii, Chin czy Pakistanu i czy właśnie tam, w tej właśnie chwili jakiś żołnierz obsługi technicznej nie zmaga się z awarią, która może doprowadzić do katastrofy. Schlosser nieświadomie dowodzi, że elitarny klub posiadaczy głowic jądrowych jest za duży, by jakakolwiek organizacja międzynarodowa była w stanie nad nimi zapanować. Możemy tylko być zadowoleni z faktu, iż po rozpadzie Związku Radzickiego nie doszło do rozproszenia arsenału pomiędzy państwa postradzieckie. Wprawdzie żaden kremlowski przywódca nigdy nie był przewidywalny, jednak prawdopodobieństwo użycia bomby atomowej przez ambitnych przywódców republik postradzieckich wydaje się bardziej prawdopodobne.
I na koniec można zadać sobie pytanie o to, co ta wiedza zmieni w naszym życiu? Czy w jakikolwiek sposób zdołamy zmusić dysponentów arsenałów nuklearnych do staranniejszej nad nimi kontroli? Prawdopodobnie nie. Uzmysłowi nam to tylko, że wszystkie nasze środki ostrożności mogą się okazać nieskuteczne w zetknięciu ze zwykłym ludzkim błędem.
I czasem warto nie mieć złudzeń. To o wiele prostsze.
