
Choć wszelkie znaki na ziemi i niebie mówiły, że Amerykanin, który po francusku ani „me” ani „be” nie powinien nawet myśleć o przeprowadzce do Francji, Mark Greenside na przekór wszelkiej logice radzi sobie całkiem nieźle. No, zazwyczaj radzi sobie dobrze.
REKLAMA
Dwadzieścia pięć lat temu kupił dom we Francji. Nie żeby kiedykolwiek myślał poważnie o zamieszkaniu na stałe w obcym kraju na innym kontynencie. Nie, nie przeprowadził się, nadal żyje sobie spokojnie przez większość roku w rodzimych Stanach Zjednoczonych. Nie, nie mówi po francusku – jak będzie się chciał dogadać, to i tak w końcu go zrozumieją. A przynajmniej ci, którzy mają dużo czasu i dużo cierpliwości wobec cudzoziemca bezustannie mylącego słowa.
„Szaleństwa, gafy i trafy, czyli uczę się żyć we Francji (nie jest łatwo)” to druga powieść Marka Greenside’a znanego z książki „Nie będę Francuzem (choćbym nie wiem jak się starał)”. I o ile przy tej opisującej początki w obcym kraju można było mieć mieszane odczucia – z jednej strony całkiem zabawnie opisane, zaś z drugiej w kółko pojawiały się historie, jak nie o domu, to o remoncie tegoż budynku – o tyle najnowsza powieść nie pozostawia złudzeń.
Została świetnie napisana, autor skupił się rzeczywiście na Francji i anegdotkach związaną z nieporozumieniach na polu Amerykanin-Francuz, nie zaś na historiach, które nie każdemu przypadną do gustu. Podzielił książkę na opowieści o bankach, jeździe samochodem, zakupach, zdrowiu i jedzeniu – a jak wiadomo dla Francuzów te dwa ostatnie są najważniejsze. I to w ich kwestiach Greenside’a spotyka najwięcej nieporozumień –jak choćby inne poglądy co do przyrządzania potraw.
Mark Greenside z przymrużeniem oka traktuje wszystkie popełniane przez siebie błędy, krytykuje oraz wyśmiewa niektóre zwyczaje mieszkańców Francji, ale i jest pełen dla nich podziwu. Choć ze zdziwieniem traktuje wieczną hipochondrię Francuzów i wzywanie do najbanalniejszych przypadków lekarza, zachwyca go ichniejszy system zdrowotny.
„Szaleństwa, gafy i trafy, czyli uczę się żyć we Francji (nie jest łatwo)” udowadnia, że wszelkie wyobrażenia o Francji to jeden wielki banał. Nawet po ćwierć wieku spędzonym w jednym kraju – co prawda nie całego czasu – nie można w pełni zrozumieć państwa pełnego sprzeczności. Jednakże sprzeczności większej dla mieszkańca innego kontynentu niźli Europejczyka – choćby kwestia płacenia za wózki sklepowe - rzecz całkowicie normalna dla polskiego czytelnika, jednak czysta abstrakcja dla amerykańskiego. I choć wiele rzeczy dziwiących Greenside’a, jest codziennością dla Polaków, to i tak powieść przysporzy odbiorcom sporo radości.
Marta Kraszewska
