
Walka wywiadów, piękne kobiety, egzotyka dalekiego wschodu, słowem atmosfera jak z filmów o Jamesie Bondzie. Tak, nie mylicie się. To debiut literacki Teodora Parnickiego….
REKLAMA
Harbin, rok 1927. Wywiad sowiecki zdobywa materiały, których ujawnienie mogłoby zaszkodzić japońskim interesom w regionie. Dokumenty te muszą zostać odzyskane, a do wykonania tego zadania zwerbowani zostali dwaj rosyjscy emigranci. Zadanie to jest równie trudne, co niebezpieczne. Liczne zwroty akcji, pościgi, pojedynki na śmierć i życie oraz piękne kobiety będą codziennością naszych bohaterów. Zadanie zostaje wykonane, a obaj Rosjanie mogą, dzięki hojnemu wynagrodzeniu rozpocząć nowe życie.
Mniej więcej w ten sposób można streścić „Trzy minuty po trzeciej”, debiutancką powieść Parnickiego. Debiut ten, a raczej wprawka literacka przyszłego autora „Srebrnych orłów” z pewnością nie jest klasyką jakiegokolwiek gatunku. Wydana jako powieść egzotyczno – sensacyjna razi wręcz naiwnością Autora w kreowaniu postaci. Parnicki, jako dwudziestolatek, opisał swoich swoich bohaterów, weteranów wojny rosyjsko japońskiej, I wojny światowej i rosyjskiej wojny domowej, jako mentalnych dwudziestolatków. Kryształowo czyści, pełni entuzjazmu idealiści ruszają do walki ze znienawidzonym przeciwnikiem w imię…, właśnie w imię czego? Sposób ich zwerbowania i charakter akcji również wzbudzą zastrzeżenia nie tylko znawców literatury sensacyjnej. Cała historia jest więc grubymi nićmi szyta i pewnie nie napisałbym o tej książce ani słowa, gdyby nie język jakim posługuje się Autor. „Trzy minuty po trzeciej” jest wyraźnym dowodem na mistrzowskie posługiwanie się słowem, dojrzałością literacką języka przez człowieka, któremu do doskonałości brakuje jedynie doświadczenia życiowego i odrobiny cynizmu. Każde zdanie, nawet jeśli niesie naiwną treść, jest językowym majstersztykiem godnym „Aecjusza”. I to właśnie jest w książce najcenniejsze.
A ja sam nabrałem ochoty na lekturę „Srebrnych orłów”. Tylko, że jakoś dawno nie były wznawiane…
A szkoda…
