
Ginie cesarz Annuru, zamordowany przez wrogie mu tajemnicze stronnictwa. Pozostawia po sobie ogromne państwo, zamęt w stolicy i trójkę pretendentów do tronu. Jednak ich droga po koronę jest długa, bowiem najpierw trzeba ich znaleźć – żywych- i doprowadzić do serca cesarstwa.
REKLAMA
Kaden, Valyn i Adare są rozrzuceni po całym cesartstwie. Ten pierwszy od ośmiu lat uczestniczy w morderczym treningu na wyspie. Przed nim Próba Hulla, po której dowie się czy znajdzie się dla niego miejsce w wojsku. Valyn zamknięty u mnichów w ciągu mniej więcej tego samego czasu uczy się w teorii filozofii, a w praktyce lepi garnki i pasie kozy. Zadaniem jedynej córki jest dobre wyjście za mąż, póki co jednak z braku prawowitego następcy tronu pełni w stolicy zaszczytną rolę ministerstwa finansów, zaś władzę trzyma jeden z popleczników zmarłego cesarza.
Te trzy miecze cesarza znajdują się w wielkim niebezpieczeństwie. Nim bowiem dotrze do męskich potomków wieść o śmierci ojca, nim Adare zacznie szukać winowajców, wrogowie nie będą czekać, by dokończyć wypełnianie planów. Losy całego cesarstwa zależą od tego, czy uda im się przechytrzyć przeciwnika.
„Miecze cesarza” to pierwszy tom „Kronik nieciosanego tronu” Briana Staveley’a, dla którego owa seria to debiut literacki. Pan, który w swym życiu spróbował już wszystkiego – w kręgu jego zainteresowań znajdowała się zarówno historia, religia, filozofia czy literatura – te przedmioty wykładał zresztą – jak i rąbanie drewna, bieganie czy wychowywanie dzieci. Dzięki tej szerokiej palecie zamiłowań jego książka jest o wiele bardziej barwna oraz realna.
Powieść ta podzielona jest pomiędzy trzech narratorów - cesarskie rodzeństwo. Co zabawne – przez całą książkę autor daje do zrozumienia czytelnikowi w jakim to złym świecie żyją ci, którzy umniejszają rolę kobiet. Ale w tej samej powieści Brian Staveley dał się wypowiedzieć Adare w pięciu rozdziałach, zaś ich wszystkich jest 50. Dwaj bracia mający o wiele więcej czasu antenowego nie zawsze wnoszą cokolwiek do akcji , gdy Adare ma naprawdę ciekawy wątek, który niestety został skrócony do minimum – najpewniej przy ponad 600-stronicowej powieści autor nie chciał denerwować czytelników kolejnej partii rozdziałów.
Powieść ta podzielona jest pomiędzy trzech narratorów - cesarskie rodzeństwo. Co zabawne – przez całą książkę autor daje do zrozumienia czytelnikowi w jakim to złym świecie żyją ci, którzy umniejszają rolę kobiet. Ale w tej samej powieści Brian Staveley dał się wypowiedzieć Adare w pięciu rozdziałach, zaś ich wszystkich jest 50. Dwaj bracia mający o wiele więcej czasu antenowego nie zawsze wnoszą cokolwiek do akcji , gdy Adare ma naprawdę ciekawy wątek, który niestety został skrócony do minimum – najpewniej przy ponad 600-stronicowej powieści autor nie chciał denerwować czytelników kolejnej partii rozdziałów.
Nie zawsze bowiem Brian Staveley potrafi zainteresować czytelników. Część rozdziałów aż prosi się o skrócenie, wiele wątków brzmi, jak zapychacze fabuły – wyjaśniają się w końcowej partii książki, ale do tego momentu aż bierze chęć, by je przeskoczyć. Bohaterowie – ci męscy potomkowie cesarza – są z początku denerwujący, aż dziw ogarnia czytającego, gdy myśli, że to któryś z nich miałby zostać władcą.
Ale „Miecze cesarza” potrafią przykuć uwagę warstwą religijną – mitologia została przedstawiona z pomysłem, nie jest jedynie tłem dla fabuły i należy mieć nadzieję, że będzie odgrywać większą rolę w tomie drugim. Także umieszczonej tajemnicy – zgaduj zgadula, kto twym wrogiem jest – niczego nie brak. No i zakończenie – przekonuje, że autor się dopiero rozkręca i być może niejednym jeszcze czytelników zaskoczy.
Marta Kraszewska
