Stanisław Srokowski
Nienawiść
Stanisław Srokowski Nienawiść Prószyński i S-ka

Wołyń. To słowo kojarzy się z ogromną zbrodnią, jakiej dopuścili się na Polakach Ukraińcy. Jednocześnie jednak kojarzyć się musi z przerażającą pogardą, jakiej dopuszczają się ci, którzy Wołyń wykorzystują w bieżących rozgrywkach politycznych. O Wołyniu bowiem trzeba pamiętać codziennie, ale nie myślą i językiem nienawiści, choćby z szacunku dla pamięci ofiar.

REKLAMA
Przyznam, że bałem się tej książki. Rodzina mego ojca pochodzi z powiatu kowelskiego na Wołyniu i moją młodość wypełniały opowieści o tych dniach. Nie może więc nikogo dziwić, że Wołyń nie jest dla mnie tylko słowem i reaguję nerwowo na wykorzystywanie go do ataków politycznych, zwłaszcza przez polityków, którzy po kilku miesiącach od rocznicy tej zbrodni wykrzykiwali na kijowskim Majdanie banderowskie pozdrowienie.
Wróćmy jednak do samej książki, którą każdemu będzie trudno czytać bez właściwego dystansu. Ogrom opisanych zbrodni i bestialstwa jakich dopuścił się jeden człowiek wobec drugiego musi przerazić, zwłaszcza, iż opisany jest językiem dziecka, relacjonującego podsłuchane opowieści rodzinne. Palone wsie, mordowani i torturowani ludzie, których jedyną winą było polskie lub żydowskie urodzenie, wszystko, co wylewa się z każdej kartki „Nienawiści” skłonić może czytelnika, nawet tego, który zna dobre historię, do obarczenia winą za zbrodnię wołyńską cały naród ukraiński. Postawiony znak równości miedzy Ukraińcem a banderowskim mordercą jest wygodnym uproszczeniem historycznym prowadzącym do tych samych instynktów, którymi kierowali się pomysłodawcy i wykonawcy tej zbrodni. Instynktów wywołanych przez chorobę nacjonalizmu, chorobę, która ponownie atakuje całą Europę. Sceptyczni nastawieni idealiści mogą z kolei sądzić, że Autor nieco demonizuje morderców. Czy możliwym jest tak wielkie zezwierzęcenie ludzi? Czy możliwa jest zabawa w mordowanie? A może wyobraźnia dziecięca wyolbrzymiła spisane po latach potworności? Tak, pytanie to zdaje się być uzasadnione, ale nie w oczach kogoś, kto słyszał o podobnych historiach znacznie wcześniej niż miał okazję przeczytać książkę Srokowskiego. Opowieści w niej zawarte budzą na nowo wrażenia z rodzinnych opowieści o ucieczce z małej wsi powiatu kowelskiego, o pochówku ofiar z poobcinanymi kończynami, wydłubanymi oczami czy nawet wypatroszonych ciał.
Książka ta znowu budzi nocne koszmary, pozornie już zapomniane, jej lektura wymaga wiele wysiłku, każda bowiem strona ściska gardło w niemym szlochu. Dlatego trudno mi o niej pisać. Proszę tylko czytelników, by nie budzili jej lekturą nienawiści wobec drugiej nacji. Właśnie ta nienawiść ułatwiła rzeź wołyńską i nienawiść ta obraża jej ofiary…

Czy chcesz dostawać info o nowych wpisach?