
Wszyscy jesteśmy kłamcami. Przeinaczamy, podrabiamy, modyfikujemy, wypełniamy puste przestrzenie. Wszyscy jesteśmy mitomanami, różne są tylko rozmiary naszej mitomanii.
REKLAMA
Na jednej z wysp z Archipelagu San Juan, jednej z takich, gdzie każdy zna każdego, dochodzi do makabrycznej zbrodni. Zwłoki młodej dziewczyny, Naomi, oplątane w sieć rybacką zostają znalezione na nadmorskiej plaży. Oskarżenia niemalże od razu padają w stronę Henry’ego, jej chłopaka, z którym dzień przed zaginięciem kłóciła się na promie. Z kolei chłopak wraz z paczką znajomych wszczyna własne śledztwo, próbując odnaleźć zabójcę ukochanej. Jednak nie tylko oni szukają mordercy.
Jeśli wierzyć słowom Henry’ego – to głównie on prowadzi narrację – historia jest wyjątkowo paskudna. Kto chciałby śmierci szesnastoletniej dziewczyny? Kto mógłby zabić ją w tak okrutny sposób? Choć policja ma swoje przypuszczenia, to jak opowiada Henry – podejrzanym może być w zasadzie każdy. Na wyspie nie brak bowiem typów mniej czy bardziej podejrzanych – gwałcicieli, bandziorów z wyrokiem… nawet matki bohatera – wychowywany jest bowiem przez parę lesbijek – zachowują się co najmniej dziwnie. A tajemnic z rozdziału na rozdział tworzy się coraz więcej.
„Paskudna historia” to powieść utrzymana w klimatach „Miasteczka Twin Peaks”. Zamknięta przestrzeń, wokół same znajome twarze, a każda z pozoru prawdziwa i szczera. Tu nie potrzeba nawet zbrodni, by poczuć się nieswojo i niebezpiecznie w maleńkiej społeczności. De facto morderstwo jednej z osób jedynie oczyszcza atmosferę – tak jakby natłok sekretów tylko czekał na wielkie bum!, by wybuchnąć i ujrzeć światło dzienne – lub choćby zasugerować swoje istnienie.
Najnowsza powieść Miniera porusza jednak nie tylko temat ciągłych tajemnic w zamkniętych społecznościach. To też problematyka podglądania w Internecie – „Wielki Brat patrzy”. To niezwykłe w jak prosty i nieskomplikowany sposób przedstawienia komplikacji wynikających z korzystania z Internetu, jedynie go zarysował, ustawił gdzieś z boku, ale i to wystarczyło, by wywołać u czytelnika gęsią skórkę.
Francuski Coben, Bernard Minier, podobnie jak jeden z najsłynniejszych amerykańskich pisarzy z kręgu tzw. thriller middle class, tak niedawny literacki debiutant, potrafi panować nad natężeniem emocji. Minier doskonale buduje napięcie, a jednocześnie z łatwością sprowadza czytelnika na manowce – gdy ten już myśli, że wie, kto zabił, ni stąd ni zowąd pojawia się zwrot akcji o 180 stopni. Zaś im bliżej końca, tym emocje bardziej narastają. Zdecydowanie zgodnie z radą Hitchcocka jego książki zaczynają się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie ma nieprzerwanie rosnąć.
Sam autor Bernard Minier to pisarz, którego książki jeszcze trzy lata temu trafiały jedynie do szuflady. Nagła wygrana konkursu literackiego, znalezienie redaktorki, która była gotowa zaryzykować i dzisiaj może pochwalić się czterema wydanymi powieściami. Zaś każda z nich tak samo świetnie napisana, całkowicie inna od reszty, lecz każda powoduje koszmary. I co bardziej przerażające, Bernard Minier ma nadzieję, że je wywoła.
Marta Kraszewska
