
Brunona Stressmeyera nie sposób jest lubić. Jest on mizantropem, ksenofobem i egocentrykiem. Żyje tylko dla siebie i nie dopuszcza nikogo o swej codzienności. Jedynym, którego dopuszcza do swej codzienności jest kto, kto za każdym razem pozostawia poczucie zawodu. Bruno bowiem marzy o tym, by zapaść na nieuleczalną chorobę, a jego lekarz, po każdym badaniu zapewnia go o tym, że ma końskie zdrowie. Trudno jest lubić naszego bohatera, jednak czymś przyciąga do siebie czytelnika…. Może podobieństwem do Ludwika Szalonego, króla Bawarii?
REKLAMA
Naszego bohatera poznajemy w chwili, gdy skuszony reklamą biura podróży postanawia wybrać się do jednego z bałkańskich kurortów. Dziwna to decyzja, zważywszy na to, że Bruno organicznie nie znosi obecności innych ludzi. Przeszkadzają mu rowerzyści, piesi, taksówkarze, właściciele psów, a nade wszystko przeszkadzają mu obcokrajowcy. No, może z wyjątkiem tureckich kelnerów i polskich sprzątaczek. Wszystkich innych jednak, łącznie z rodowitymi Austriakami, Bruno by wysłał na jakąś bezludną wyspę…..
Podróż jednak zmienia naszego bohatera. Zauważył to nawet jego lekarz, mimowolnie wskazując Brunonowi drogę do choroby. Bruno ma pieniądze, a te otwierają przed nim każde drzwi i łamią każdą zasadę. Jednak nie wszystko czego pragniemy jest nam dane. Bruno nie zapadł na śmiertelną chorobę i to właśnie jest początkiem jego prawdziwego nieszczęścia. Nasz bohater przestaje dbać o minimum higieny, ruchu, czy choćby zwykłego wyjścia za drzwi swego apartamentu. Ostatnie strony książki Huberta Klimko- Dobrzanieckiego to przerażający obraz degeneracji z pozoru normalnego i zdrowego człowieka.
Hubert Klimko-Dobrzaniecki napisał przejmującą książkę o drodze jednostki ku samozagładzie. Samozagłada jest tu efektem wyalienowania ze społeczeństwa, poczucia własnej wyższości nad innymi i pogardy dla drugiego człowieka. Beznamiętny języka narracji jeszcze bardziej wzmacnia tragizm człowieka, który sam wpędził się w swoje problemy.
A może po prostu ten dobrobyt za bardzo uderzył naszemu bohaterowi do głowy, a my szaraczki, pracujący w pocie czoła na chleb codzienny jesteśmy wolni od takich fanaberii? Chciałbym w to wierzyć.
