
Po spektakularnym zwycięstwie w potyczce z Goldfingerem, James Bond wraca do Londynu, aby otrzymać kolejne zadanie do wykonania. Nie przyjeżdża sam – towarzyszy mu piękna Pussy Galore. Jednakże niedługo cieszy spokojem i spędzaniem czasu z panną Galore, bowiem jego odwieczny wróg SMERSZ nie próżnuje, wprowadzając do życia swój kolejny złowieszczy plan, który ma na zawsze zniszczyć Stany Zjednoczone i poprowadzić Związek Radziecki po przywództwo w badaniach naukowych.
REKLAMA
Są bohaterowie, którzy cokolwiek by się nie działo, zawsze powrócą. Tak było i ciągle jest z Sherlockiem Holmesem, zaliczającym ostatnimi laty spektakularny sukces. Podobnie sprawa ma się z Jamesem Bondem powracającym w listopadzie w dwóch formach – filmowy „Spectre” niedawno wszedł do kin, zaś książkowy „Cyngiel śmierci” kilka dni temu miał swą premierę w Polsce.
Choć akcja książki dzieje się w czasach zimnej wojny, to problemy podejmowane w „Cynglu śmierci” są niezwykle aktualne. Rywalizacja pomiędzy Związkiem Radzieckim a Stanami Zjednoczonymi w dominacji technologicznej na świecie, a także, uwaga! – przeciwnik, Koreańczyk, pragnący zemścić się na Ameryce. Trudno nie dostrzec analogii…
Czego nie ma w „Cynglu śmierci”… Anthony Horowitz opierając się na notatkach i fragmentach nigdy nieskończonej - a także ledwo napoczętej - książki Fleminga, wyświadczył tym samym największą przysługę zarówno sobie, jak i czytelnikom. Autor „Cyngla śmierci” tak dalece wczuł się twórcę postaci Bonda, że de facto same próby rozszyfrowania, co było jeszcze pomysłem Fleminga, a co już Horowitza, który fragment istniał już dawien dawna, a który pojawił się dopiero na prośbę spadkobierców – słowem, wszystkie te próby musiały spalić na panewce. Tylko jeden dociekliwy fan znalazł różnicę pomiędzy stylem Fleminga a stylem Horowitza – otóż, kontynuator losów Bonda nie poświęca aż tyle czasu jedzeniu. Prócz tego, wszystko jest w porządku. Horowitz nie tylko świetnie naśladuje Fleminga, on praktycznie się nim staje.
Także Bond jest ewidentnie flemingowski. Ta sama próżność - agent 007, który stwierdza, że w sumie jego kabura na pistolet jest wysoce niepraktyczny i nie dałby sobie rady z szybkim wyciągnięciem broni, ale za to nic nie zakłóca mu linii marynarki. Niemalże identyczne podejście do kobiet, służby… Łatwo wczuć się w atmosferę książki, łatwo zapomnieć, że pomiędzy wydaniem „Goldfinger” i „Cyngla śmierci” minęło półwieku – kilkanaście książek i filmów, a nie zwyczajowy rok czy dwa.
Jeśli chodzi o książkowego Bonda, to „Cyngiel śmierci” jest najlepszą powieścią z serii, nie będącą autorstwa Iana Fleminga. Jak widać spadkobiercy praw autorskich Fleminga, dobrze trafili, wybierając Anthony’ego Horowitza, skądinąd mistrza w kontynuowaniu historii tworzonej przez innych. Ten brytyjski pisarz i scenarzysta adaptował już na ekrany telewizyjne słynną serię „Morderstwa w Midsomer” czy powieści o Herkulesie Poirot pióra Agathy Christie. Do tego stworzył kontynuację historii o Sherlocku Holmesie pisząc „Dom Jedwabny” oraz „Moriarty’ego”. Propozycja kolejnej części o Jamesie Bondzie wydawała się kwestią czasu. A Anthony Horowitz wywiązał się z otrzymanego zadania znakomicie. Jak zwykle, zresztą.
Zarówno miłośnik oryginalnej serii o Bondzie, jak i ten, który dopiero zaczyna przygodę ze słynnym agentem 007, znajdzie tu coś dla siebie. Należy mieć nadzieję, że „Cyngiel śmierci” to dopiero początek przygód Bonda Horowitza. Szkoda by było zmarnować taką szansę.
Marta Kraszewska
