
Słowackie przysłowie mówi, że do wysprzątanego domu przychodzi śmierć. Nie na darmo w tradycji chrześcijańskiej przed śmiercią człowiek chce jednać się z Bogiem i ludźmi. Porządki te gwarantują, że po śmierci nie wypadnie już żaden trup z szafy, że do domu nigdy nie zajrzy przeszłość.
REKLAMA
Tytuł książki Petera Krištúfka nawiązuje do nazwy madryckiej rezydencji Francisca Goi, na której ścianach artysta namalował czternaście tak pesymistycznych obrazów, że nawet ich autor nie ośmielił się nadać im tytułów. Groza z nich płynąca najlepiej oddaje tragizm Słowacji tak okrutnie zgwałconej przez dwudziesty wiek, wiek, który na zawsze zmienił wszystko i zmusił nas do ciągłego zadawania pytań o człowieczeństwo i sens istnienia. Okropieństwa dwudziestego wieku przekreśliły jednoznaczność podziału na zbrodniarza i ofiary, karząc jednocześnie przyjąć do wiadomości fakt istnienia wielu odcieni szarości i tragizm kogoś, kto został postawiony przed diabelską alternatywą.
Doktor Alfonz Trnovski jest szanowanym obywatelem małego słowackiego miasta. Wielu obywateli zawdzięcza życie, albo zdrowie jego kunsztowi medycznemu. Trnovski jest więc podporą lokalnej społeczności, a jego beztroskie życie zakłócają jedynie drobne spory z fryzjerem, który jest jednocześnie jego szwagrem. 1939 rok wywraca całe życie naszego bohatera. Tego roku cała Słowacja staje się teoretycznie niezależnym państwem. Pod fasadą dumnej niepodległości kryj się jednak całkowita zależność od hitlerowskich Niemiec. Państwem faktycznie rządzi faszystowska Hlinkova Garda. Z dnia na dzień wielu Słowaków o wątpliwym, z punktu widzenia nacjonalistów, pochodzeniu znalazło się w śmiertelnym niebezpieczeństwie.
Kim jest prawdziwy Słowak? Peter Krištúfek podaje żartobliwie definicję Słowaka jako człowieka, w którego żyłach płynie, oprócz krwi węgierskiej, rusińskiej, czeskiej, polskiej, żydowskiej i niemieckiej, odrobina krwi słowackiej. Wieloetniczność prawdziwych mocarstw polegała na tym, że nie liczyło się pochodzenie, tylko chęć przynależności. Ta stosowana powszechnie jeszcze do końca XIX wieku zasada powoli musiała ustępować dążeniu do zbudowania czystych etnicznie społeczności, które nienawidząc obcych, tak naprawdę nie potrafiły, poza banałami, powiedzieć dlaczego nienawidzą.
Trnovski wie, że nowe przepisy zagrażają bezpieczeństwu jego najbliższych. Zgadza się wstąpić najpierw do partii faszystkowskiej przekonany, że dzięki temu uchroni żonę, a uczestnictwo w aryzacji gospodarki miało uchronić część rodzinnego majątku. Cnotę i bezkompromisowość traci się jednak tylko raz. Kto raz ulega pokusie, temu łatwiej przekroczyć cienką granicę dzielącą człowieka zacnego od podłej świni. Podpisany dokument w późniejszych latach stanie się dla Trnovskiego powodem ostatecznego upadku zarówno we własnych oczach, jak i oczach własnego syna.
Krištúfek napisał książkę o upadku ludzkim, ale też książkę o zrozumieniu. Syn, obserwujący wypadające z ojcowskiej szafy coraz to nowe szkielety, nie ocenia. Przyjmuje tylko do wiadomości odkrywane fakty i szuka nowych, próbuje dociec prawdy, próbuje zrozumieć nie powody, ale tragizm ojca, którego upadek był tak dotkliwy.
I nie ma w książce miejsca na obwinianie, czy przeprosiny. Bo nawet jeśli ojcowie jedli kwaśne jagody, to synom nie musiały ścierpnąć dziąsła.
