
Malka ma kilka lat, gdy jej rodzice postanawiają przedostać się z Rosji w stronę cywilizacji. W 1913 trafia do Nowego Jorku. Żyje w biedzie, rodzina z trudem wiąże koniec z końcem, zaś dzieci co dzień wysyłane są na ulice, by zdobyć jakieś pieniądze. Wygląda na to, że w ten sposób upłynie reszta jej życia. Do czasu, gdy ulega groźnemu wypadkowi, co na zawsze odmienia jej przyszłość - o dziwo, na lepsze.
REKLAMA
„Królowa lodów z Orchard Street” to powieść tocząca się przez niemalże cały wiek XX. Opowiadana z punktu widzenia głównej bohaterki – niemalże niczym jakieś wyznanie, spowiedź –toczy się dwutorowo. Jedne to wspomnienia – począwszy od ucieczki z Rosji, poprzez wychowywanie się w fabryce lodów, aż po budowanie własnego imperium. Z drugiej strony mamy wydarzenia prawie teraźniejsze – czyli kolejne kłopoty i gorzka starość.
To także ukazanie wieku XX-ego z perspektywy lodów. Główna bohaterka sypie informacjami na temat ich produkcji, kolejnych wynalazków czy też ciekawostkami związanymi z jej biznesem. Choć część brzmi absurdalnie niedorzecznie – jak tajne wysyłanie lodów żołnierzom podczas II Wojny Światowej – to jednak wygląda na to, że rzeczywiście jest prawdziwe. I to w sumie jest zaskakujące – dziwne informacje, które jednak urozmaicają powieść, a i czynią narratorkę wiarygodną – nie jest niczym nieprawdopodobnym usłyszeć je z ust kogoś, kogo całe życie było związane z lodami i kto ułożył je sobie w związku z nimi.
Lillian Dunkle to postać, którą trudno polubić. Od samego początku jest złośliwa, w swych wypowiedziach ocieka cynizmem, widząc w każdej rozmowie jedynie chęć osiągnięcia jakiejś korzyści – choćby chwila, gdy mówi do wnuka (jedynej osoby, która interesuje się jej losem), że zarobił już swoją dolę i że na pewno coś mu się dostanie w spadku. Także wspomnienia Malki aka Lilian przynoszą słodko gorzki posmak. Po kolejnych prawdach – które przychodzą za ciągle powtarzanym zdaniem „Ukamienujcie mnie jeśli chcecie” – czytelnik czuje coraz większą niechęć do głównej bohaterki.
Ta bowiem nie odpowiada jego wyobrażeniom. Miast bezradnej kaleki – taki obraz pojawia się w głowie automatycznie – jest chytra i przebiegła. Potrafi sobie poradzić w życiu, choćby rozpychając się łokciami i dążąc po trupach. Owszem, metody ma niekonwencjonalne i w sumie trudne do zaakceptowania. Owszem, często są niemoralne. Ale z drugiej strony trudno jej się dziwić – im dalej w historię tym bardziej widać, jak mocno życie dało jej w kość.
"Nie dość, że jest dziewczyną. Nie dość, że jest brzydka. To teraz chce mi pan jeszcze powiedzieć, że będzie kaleką? Niech pan powie doktorze, co mam zrobić z taką córką? - może pan ją tu zatrzymać, jeśli o mnie chodzi. Żaden z niej pożytek. Odwraca się i pośpiesznie wychodzi".
"Nie dość, że jest dziewczyną. Nie dość, że jest brzydka. To teraz chce mi pan jeszcze powiedzieć, że będzie kaleką? Niech pan powie doktorze, co mam zrobić z taką córką? - może pan ją tu zatrzymać, jeśli o mnie chodzi. Żaden z niej pożytek. Odwraca się i pośpiesznie wychodzi".
„Królowa lodów z Orchard Street” to historia przetrwania. Opowieść o losie imigrantów w XX-tym wieku, pozbawiona cukierkowatości, szczęśliwego amerykańskiego snu „od pucybuta do milionera”[jedynie Lillian go spełnia, ale za pomocą metod, które nie byłyby uznane w typowym schematycznym filmie]. I co w sumie jest przykre – najpewniej zostanie zakwalifikowana przez wielu jako powieść kobieca. A szkoda, bo to świetnie napisana powieść obyczajowa.
Marta Kraszewska
