Jill Anderson
Dotrzymana obietnica
Jill Anderson Dotrzymana obietnica Prószyński i S-ka

„Tak łatwo jest podnieść słuchawkę i wybrać 999, że możecie zadać sobie pytanie: Na Boga, dlaczego ona tego nie zrobiła? Wiemy, że go kochała. Jedyna odpowiedź, jaka nasuwa się po zapoznaniu się z materiałem dowodowym, jest taka, że wiedziała, że chciał odejść. Z godnością.”

REKLAMA
Pewnego lipcowego dnia Paul Anderson popełnił samobójstwo poprzez zażycie śmiertelnej dawki leków. Od ośmiu lat cierpiał na zespół ustawicznego zmęczenia, który całkowicie zmienił jego życie –powoli odsuwając go od normalnego funkcjonowania, odbierając mu pracę, siłę w zamian dając mu jedynie ustawiczny ból i kolejne choroby. Na szczęście Paul mógł liczyć na swoją żonę, Jill, która przez cały okres choroby, aż do jego śmierci była jego opiekunką niemalże przez całą dobę. A potem, gdy Paul przedawkował leki, Jill została oskarżona o zabójstwo męża.
„Dotrzymana obietnica” to zapis przesłuchań, które czekały autorkę po samobójstwie męża, a także wspomnienia z całego okresu małżeństwa. W zamierzeniu miało być wstrząsająco i poruszająco, czytelnicy powinni płakać rzewnymi łzami i w sumie bez większego problemu powinni wskazać tego złego czyli niegodziwych oskarżycieli oraz rodziny Paula. Tyle, że nieco zbyt mocno widać, że Jill Anderson próbuje się wybielić.
Z jednej strony czytelnik dostaje wspomnienia z kolejnych lat – poukładane bez żadnego większego sensu, połowę można byłoby wymieszać i poumieszczać losowo w książce, a efekt byłby taki sam. Owe wspomnienia są pierwszą oznaką, że coś nie gra – wszystkie, ale to wszystkie dotyczą miłych wspomnień, jeśli zaś są złe to albo ukazują „złą rodzinę Paula” albo bezradność Jill podczas jakiejś scysji. Autorka niniejszego tekstu przymknęłaby oko na tę praktycznie ewidentną cyniczną strategię ze strony Jill Anderson, gdyby te scenki niosły za sobą jakiekolwiek emocje. Tymczasem nie ma nic – owszem, są nieco przygnębiające, ale jest ich zbyt mało i zbyt są pourywane, by mogły wywołać jakieś głębsze uczucia.
Z drugiej strony są stenogramy, które w sumie mogłyby się spokojnie bronić same bez owych wspomnień, gdyby tylko autorka zmieniła strategię. Owe zapisy z kolejnych przesłuchań są o tyle ciekawe, że to jedyny moment, gdy rzeczywiście czytelnik może mieć stuprocentową pewność, że Jill Anderson niczego nie przeinacza. A zatem można zauważyć Jill nieco plączącą się w zeznaniach, powtarzającą ciągle, że kochała Paula, że dbała i troszczyła się o niego. A że prócz suchego dialogu brak jakichkolwiek komentarzy – no, wyjąwszy fragmenty mowy końcowej oskarżyciela i obrońcy [które także można byłoby dowolnie wymieszać, nie zrobiłoby to większej różnicy] – to czytelnik sam musi wyobrazić sobie jak to wyglądało, jakie były intencje poszczególnych osób.
Po tym całym wywodzie na temat wad „Dotrzymanej obietnicy” można by pomyśleć, że de facto książka w całości nie jest warta uwagi. Tymczasem sam pomysł książki – choć oczywiście główną przyczyną do jej napisania było samobójstwo męża i późniejszy proces sądowy - nie jest zły. Autorka niniejszego tekstu powie więcej – sam zamysł powieści wiele zyskałby na tym, gdyby Jill Anderson zdecydowała się nie pisać o sobie – tylko na motywach własnych doświadczeń stworzyła fikcję.
Bowiem kwestie odchodzenia, eutanazji, opiekowania się osobą śmiertelnie chorą, obowiązków osoby względem niepełnosprawnego partnera – to są wszystko problemy ważne. Należy je poruszać, należy zdecydowanie więcej o nich rozmawiać, ale ważne, by robić to odpowiedzialnie. Owszem, Jill Anderson pokazała, jak wielkim ciężarem jest zespół ustawicznego zmęczenia [a co poniektórym uświadomiła, że takie coś istnieje naprawdę], owszem, nie bała się podjąć dialogu na temat śmiertelnej choroby, opieki etc. [Prószyński pociągnął tę rozmowę dalej, kierując do czytelników pytania co do kwestii moralnych i etycznych podanych wcześniej zachowań, za co jedynie należy wydawnictwo chwalić]. Tyle, że to wszystko nieco ginie pod średnim piórem autorki, usilną potrzebą ukazania – To ja miałam rację, natłokiem zdarzeń i wymieszaniem scenek ze wspomnień – niektórych dobranych zresztą chyba metodą losowania.
Marta Kraszewska

Czy chcesz dostawać info o nowych wpisach?