
Strata rodzinnego domu oznacza pozbawienie korzeni. Wprawdzie można żyć bez niego, ale czegoś w tym życiu brakuje. Ojciec Hany swój dom tracił dwa razy. Wypędzony w latach pięćdziesiątych nauczył się tego, że nie warto sprzeciwiać się temu, co zostało już dawno postanowione.
REKLAMA
Czechosłowacja lat osiemdziesiątych. Mała wioska w okolicach Budziejowic żyje sobie obok spraw wielkiego świata. Ludzie zainteresowani są dniem codziennym, utyskując na niedogodności systemu. Nikomu jednak nie przychodzi do głowy, by powiedzieć głośno twarde nie. Chwila refleksji przychodzi w dniu, kiedy pojawiły się pierwsze plotki o budowie wielkiej inwestycji socjalistycznego państwa. W ich sąsiedztwie ma powstać elektrownia atomowa, wioska zaś przestanie istnieć, elektrowni bowiem potrzebny jest akwen wodny, który zapewni chłodzenie rdzenia reaktora. Wieści szybko się potwierdzają, na dodatek zaś pojawiły się pierwsze doniesienia o awarii w Czarnobylu.
W tej właśni wsi żyje rodzina Hany. Apodyktyczny ojciec stara się rządzić rodziną twardą ręką. Ze starań tych oczywiście nic nie wychodzi. Czy ktoś, komu przed laty przetrącono kręgosłup zdolny będzie do tyranii, choćby na skalę rodziny? Same starania doprowadziły jednak do tego, że zarówno Hana, jak i jej brat chwytają się pierwszej okazji do uwolnienia się spod jego opieki. Dla Hany będzie to związek partnerski z ukochanym Petrem, dla jej brata zaś więzienie. Na nowej drodze życia Hana rozpoczyna beznadziejną walkę o powstrzymanie budowy elektrowni. Kiedy czeski socjalizm upada wydawać się by mogło, że głos zwykłego człowieka w konflikcie z wielką inwestycją zostanie wysłuchany. Ostatnich walczących o śmierć we własnym domu opuszczają wszyscy, zarówno niepokorni dziennikarze, jak i ekolodzy. Hana czuje się zdradzona przez wszystkich. Rusza w świat w poszukiwaniu własnego miejsca na ziemi, jednak nie potrafi nigdzie zagrzać miejsca, tak jakby bała się kolejnego wypędzenia, kolejnego zawodu. Po piętnastu latach wraca w rodzinne strony, by rozdrapać dawno zagojone rany.
Czy taki powrót może przynieść ukojenie? Dla Hany będzie on swoistą terapią. Przed laty opuszczała to miejsce jak osoba, która spaliła za sobą wszystkie mosty i nie mogła liczyć na nikogo z dawnych przyjaciół. Jej wyjazd był swoistą ucieczką, drugą, choć nie ostatnią. Hana wie, że jeśli nie poukłada sobie tych starych spraw nigdy nie przestanie uciekać, a przecież każdemu kiedyś zabraknie energii.
Jiří Hájíček w swojej książce krytycznie rozprawił się z czeską mentalnością. W Czechach bowiem nie ma nic z buntowników. Już na samym początku Autor do rozmowy kilku młodych dziewcząt wplótł opowieść o tym, jak Czesi w 1938 roku odśnieżali drogi dla swoich najeźdźców. Dziewczęta szybko doszły do wniosku, że tak również zachowaliby się ich rówieśnicy. I rzeczywiście, w chwili próby, kiedy należało zaprotestować przeciw wywłaszczaniu, pozbawieniu korzeni kilkuset rodzin, protestowały jednostki. Wprawdzie petycje, listy protestacyjne i prośby podpisywali wszyscy, jednak mało kto zdobył się na bierny opór, a ci, którzy na to się zdobyli zostali pokonani taktyką powolnych faktów dokonanych.
Jiří Hájíček przemawia głosem mojego pokolenia, pokolenia ludzi, którzy mogą poczuć się oszukani po zmianie systemu. Tak marzyliśmy wszyscy, nieco idealistycznie, o szklanych domach, mieliśmy prawo do tego, by poczuć się oszukani, zwłaszcza kiedy zaserwowano nam Starą baśń. Pęd życia, poszukiwanie dobrobytu, szczęścia czy własnego miejsca na ziemi stłumił tylko w nas ten młodzieńczy idealizm. Pozornie żyjemy spokojnie, ale kiedyś maska spokoju opadnie i znowu odnajdziemy te idealistyczne nutki, tak samo jak Hana odnalazła stare przyjaźnie.
