
„Czasem osiąga się większy sukces, ponosząc porażkę niż powielając sukces”
REKLAMA
Są takie dni, które po prostu nie mogły być inne. Coś takiego spotyka Jima Gystada. Do kościoła wchodzi zmęczony, ledwo trzymając się na nogach, odczuwając skutki wczorajszej imprezy alkoholowej. Najchętniej wyszedł by stamtąd czym prędzej, no ale chrzciny syna znajomego nie zdarzają się codziennie. I wtedy słyszy to. Z tylnych ławek rozlega się anielski śpiew.
Jako że Jim jest urodzonym producentem muzycznym, w tej samej chwili, gdy lokalizuje posiadaczy cudownych głosów, postanawia za wszelką cenę ich poznać. Ale jak to bywa, trio Thorsen – nieco podstarzałe rodzeństwo, mające już jak się wydaje najlepsze lata za sobą – nie za bardzo zamierza mu cokolwiek ułatwiać.
„-Lidl! […] Chyba nie myślałaś, że postawię moją stopę w sklepie, którego właścicielami są potomkowie Rzeszy Niemieckiej? Zapomniałaś już o wojnie i o tym, jak walczyliśmy z okupantem? Mamy sprzeniewierzyć się naszym zasadom tylko po to, żeby kupić tańszy pudding rybny?
- Jacy my? Miałeś osiem lat, gdy wybuchła wojna.”
- Jacy my? Miałeś osiem lat, gdy wybuchła wojna.”
Wielkim plusem tej powieści, którego nie docenią jednak polscy czytelnicy są konteksty kulturowe. Większość bowiem jest niezrozumiała. O ile da się odczytać konteksty muzyczne, o tyle te literackie są nie do odczytania przez kogoś, kto nie wychowywał się w Norwegii. I choć tłumaczka, Milena Skoczko wykonuje istnie syzyfową pracę, próbując przytoczyć wszelkie nawiązania poczynione przez autora, to po prawdzie najlepiej czytelnik bawiłby się nie potrzebując dodatkowego wyjaśnienia, a zatem rozumiejąc konteksty.
„Pieśń harfy” różni się zdecydowanie od poprzedniej wydanej w Polsce książki Leviego Henriksena – „Śnieg przykryje śnieg”. Proporcje zostały lepiej rozłożone i tym razem trudno byłoby o pomyłkę powieści obyczajowej z kryminalną. Nie brak w „Pieśni harfy” wątków komediowych – vide Timoteus Thorsen, który stanowi pierwszorzędny przykład zrzędy i dupka. Jednak znacznie częściej to powieść gorzka, ale i swej gorzkości ciepła.
To historia o Bogu, rodzinie, wszelkich gamach emocji, które niesie za sobą życie. O hipokryzji ludzi – o głoszeniu wielkich słów i wypominaniu innym grzechu, sami nie będąc nikim lepszym – tu prym wiedzie rodzeństwo Thorsen, które jednakowoż zdaje się nie zdawać sobie sprawy z sprzeczności tkwiącej w ich słowach. Ale i o miłości, rodzinie oraz pasji.
Tę pasję widać także u autora. Sposób w jaki opisuje muzykę… Od razu można się domyślić, że musiał mieć z nią silny kontakt. Potrafi ją przybliżyć czytelnikowi, operując na tyle precyzyjnymi i adekwatnymi słowami, że można ją usłyszeć w głowie. Emocje czuć w tych opisach, sprawiają, że książka – historia, a także bohaterowie – jest prawdziwsza. I łatwiej uwierzyć w tę opowieść.
Co tu więcej mówić? Nieschematyczna historia, która zaprowadzi czytelnika w zupełnie innym kierunku niżby mógł się spodziewać. I tak jak to ktoś stwierdził – autorka niniejszego tekstu nie pamięta już kto – Smak Słowa nie wydaje słabych książek. Ani tym bardziej słabych czy przeciętnych. Choćby dlatego warto zaryzykować.
Marta Kraszewska
