
Karykaturzysta, luteranin z przypadku, wolnomyśliciel z wyboru, więzień Oświęcimia, Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata. Eryk Lipiński niczym pogański Światowid miał wiele twarzy, ale ta, którą najbardziej lubię, to twarz człowieka, który potrafił się uśmiechać, choćby przez łzy.
REKLAMA
Urodzony w Krakowie, wychowany w Moskwie i Warszawie. Oficjalne wyznanie wybrał z praktycznych względów. Jako niekatolik mógł w czasie obowiązkowych lekcji religii grać w piłkę. Obdarzony poczuciem humoru, skłonny do żartów, posiadacz rogatej duszy. Obdarzony empatią. Człowiek o wielu twarzach. Eryk Lipiński.
Autobiografie maja jedną wadę. Pisane są po latach, więc piszący może ulec pokusie, by ukazać w nich siebie w jak najlepszym świetle. Lipińskie nie uległ tej pokusie relacjonując swoje życie uczciwie, choć w sposób nieco zabałaganiony. Jak w prawdziwej rodzinnej gawędzie, w czasie której dziadek opowiada dzieciom o tym jak to drzewiej było, nasz Autor przeskakuje w swej opowieści między latami, tworząc w ten sposób twórczy, gawędziarski chaos. Dzięki temu czytelnik nie będzie miał poczucia sztywnej relacji z życia, takiej do akt osobowych.
Zacznijmy jednak od początku. Młody chłopak wraca do wyidealizowanej Polski, niczym Baryka marzy o szklanych domach, szybko jednak przechodząc do porządku dziennego nad zastaną w kraju starą baśnią. Polska bowiem jest jedna i trzeba dla niej żyć i kształtować ją tak, by była jak najlepsza. A gdzież można to robić lepiej niż na ASP? W miejscu, do którego nawet przedwojenni oenerowcy bali się zaglądać w obawie o swoje ubrania. Studenci malarstwa bowiem umiejętnie potrafili korzystać z farb i pędzli, a dla naszych przedwojennych wielbicieli Polski od morza do morza, poplamione ubranie trudniejsze było do strawienia niż wybity ząb lub rozkwaszony nos.
Potem nastały lata wojenne, lata, w których przypadek i nieco podszytej bezczelnością odwagi, mogła znaczyć wiele. Kilkakrotnie aresztowany i raz osadzony w Oświęcimiu Lipiński wydaje się mieć więcej szczęścia niż rozumu. Daremnie jednak szukać w jego wojennej relacji elementów martyrologicznych i bohaterskich. Lipiński nie szczyci się nawet zasługami, które po latach przyniosły mu zaszczytny tytuł Sprawiedliwego. On po prostu żył i starał się, by przeżyli wszyscy, z którymi los go zetknął. Zupełnie inaczej brzmi ta jedna, powojenna chwila chwały, gdy w czasie procesu norymberskiego staje w polskim mundurze przed zbrodniarzami wojennymi, lub gdy staje przed Rudolfem Hoessem i mówi mu, jakim numerem został oznaczony w obozie.
Wreszcie lata związane z ukochanym rysunkiem, reaktywacja Szpilek, praca nad plakatami filmowymi, wreszcie forsowanie ukochanego dziecka – Muzeum Karykatury. Czego jednak w książce brakuje? Relacji z życia prywatnego. Rodzina i dom to tabu, nie wszystko jest na sprzedaż mili państwo. Sfera zawodowa i sprawy publiczne, trudne wybory i podróże? Owszem, ale to, co prywatne pozostaje milczeniem.
A uważny czytelnik dostrzeże pomiędzy wierszami, że uśmiech Autora jest często uśmiechem przez łzy.
Bo nawet w najweselszym życiu i tak się zdarza.
