Tim Johnston
W dół
Tim Johnston W dół Wydawnictwo Marginesy

To miał być zwykły poranek jakich wiele. Caitlin wybiera się wczesnym świtem na przebieżkę. Dla towarzystwa wyciąga jeszcze swojego młodszego brata, Seana. Jednak gdy kilka godzin później szeryf dzwoni do ich rodziców, by poinformować o wypadku, pozostaje tylko chłopak.

REKLAMA
„Wydmuchał dym i strzepnął popiół przez okno.
- Myślisz, że kiedykolwiek znów będzie normalnie? –zapytał.
- Nie wiem. Co jest normalne?
- Nie wiem. – Chłopak patrzył na drogę, na góry. – Nie to.”
„W dół” potrzebuje czasu, by się rozkręcić. Rozpoczyna się lekkim zgrzytem, jakby nie wiedziało, w którą stronę ma pójść, jak przykuć uwagę czytelnika. Jednak im dalej, tym mocniej osadza się w tej trochę dziwnie poprowadzonej fabule, tym silniej prowadzi akcję, wreszcie znając cel do którego zmierza. Bowiem siłą tej książki, paradoksalnie wcale nie jest zaginięcie Caitlin, lecz wszystko, co dzieje później.
Caitlin w powieści bardziej jest duchem niż ciałem. Owszem, niemalże bezustannie pojawia się w myślach bohaterów, do niej wracają bezustanne rozważania „co się właściwie stało?”. Lecz to nie ona ciągnie tę powieść w górę. Czynią to wszyscy zaangażowani w śledztwo – bardziej lub mniej emocjonalnie – i ich zmagania z nową, straszniejszą rzeczywistością. Autor z brutalną szczerością ukazuje w swojej książce to, co dzieje się, gdy zniknie już sprzed domu ten tłumek zainteresowanych dziennikarzy, a z gazet i telewizji nazwisko zaginionej.
„W dół” to powieść, która nie gwarantuje, że wszystko się skończy dobrze, że na koniec czytelnik przeczyta o cudownym, ponownym spotkaniu rodziny i morale. Zwłaszcza, że im dalej, tym wydaje się być coraz gorzej – zniknięcie Caitlin zbiera ogromne żniwo, a konsekwencje jednego zdarzenia ponoszą wszyscy, nawet ci, którzy w małym stopniu mieli do czynienia z Courtlandami.
To historia o poszukiwaniach. Zaginionego dziecka, ale i samego siebie. O tym, że poszukiwania mogą stać się celem życia – co doskonale uosabia ojciec Caitlin, który by być bliżej centrum wydarzeń przenosi się do innego stanu, porzucając dotychczasową pracę i zobowiązania. O tym, że można przeżywać kolejne dnie bez konkretnego planu, ciągle przemieszczając się, szukając swojego miejsca i gnając coraz dalej i dalej.
To także historia o rodzinie. O tej, którą łączą więzy krwi, ale i o tych nabytych. Wymyślonych i stworzonych na potrzebę osamotnionego, ale i takich powstałych przez przypadek, w wyniku wspólnych doświadczeń. To opowieść, że nie każda wyjdzie zwycięsko z tragedii, że czasem najsilniejsza więź może połączyć z kimś dotychczas zupełnie obcym.
Marta Kraszewska

Czy chcesz dostawać info o nowych wpisach?