
Bohaterowie Staveley’ego nie mają łatwo. Im więcej wody upłynęło od śmierci cesarza, tym gorzej im się wiedzie, bowiem coraz to nowsze przeszkody stają im na drodze do upragnionej korony.
REKLAMA
Teoretycznie to Kadenowi należy się Nieciosany Tron [wedle jakich zasad dziedziczenia – tego jeszcze nie rozgryzłam], a jego brat Valyn chce mu tylko pomóc w jego zdobyciu, a także przeżyciu zanim to się stanie. Wydaje się zatem, że jedynie najstarszej Adare może być nie w smak władza chłopaka zupełnie do tej roli nieprzygotowanego – no bo co on niby wie, skoro pół swego życia spędził na pasaniu kóz u mnichów na kompletnym odludziu. Tymczasem, jak można się domyślić, każde z rodzeństwa zaczyna grać na własne konto, zbierając sojuszników.
Krótko mówiąc - władza upaja. Staveley trochę niczym moralista pokazuje schematy władzy, zakulisowe rozgrywki i do czego prowadzi pragnienie rządów. Jednak robi to sprawnie i nie gryzie się z resztą ani nie sprawia, że akcja powieści się rozmywa. Potrafi wciągnąć czytelnika na tyle, by sprawić, że nawet zawiłe opisy polityki brzmią ciekawie i na szczęście umiejętnie przedstawia informacje na temat wykreowanego świata. Ale tylko tyle, ile jest to potrzebne, by fabuła się nie rozeszła.
„ Piekarze mają mąkę, rybacy mają sieci, a przywódcy mają kłamstwa.”
„Boski ogień” nie zwalnia akcji nawet na chwilę. Wydarzenia zmieniają się jak w kalejdoskopie, pojawiają się nowe postaci – każda porządnie zarysowana – a sytuacja rodzeństwa ciągle jest pod znakiem zapytania. Staveley nie daje gwarancji, że ulubiony bohater przeżyje konflikt, wydaje się wręcz, że jego ambicją jest stworzenie historii wzorem George’a R.R. Martina. I choć wiele mu brakuje do mistrza po fachu, to idzie w dobrym kierunku.
To złożony świat, który wydaje się być jak najbardziej prawdziwy. Wszystkie możliwe klasy społeczne i istoty się przewijają przez powieść – od elitarnych żołnierzy, przez prostytutki, obłąkanych wiernych. kapłanów, paranormalne stworzenia aż po bogów i rodzinę cesarską. Cesarstwo Annuryjskie przeraża i fascynuje jednocześnie, sprawiając, że czytelnik chce wiedzieć tu i teraz, co dzieje się dalej. Staveley okazał się właściwym człowiekiem na potrzebne, by fabuła się nie rozeszła.
„ Piekarze mają mąkę, rybacy mają sieci, a przywódcy mają kłamstwa.”
„Boski ogień” nie zwalnia akcji nawet na chwilę. Wydarzenia zmieniają się jak w kalejdoskopie, pojawiają się nowe postaci – każda porządnie zarysowana – a sytuacja rodzeństwa ciągle jest pod znakiem zapytania. Staveley nie daje gwarancji, że ulubiony bohater przeżyje konflikt, wydaje się wręcz, że jego ambicją jest stworzenie historii wzorem George’a R.R. Martina. I choć wiele mu brakuje do mistrza po fachu, to idzie w dobrym kierunku.
To złożony świat, który wydaje się być jak najbardziej prawdziwy. Wszystkie możliwe klasy społeczne i istoty się przewijają przez powieść – od elitarnych żołnierzy, przez prostytutki, obłąkanych wiernych. kapłanów, paranormalne stworzenia aż po bogów i rodzinę cesarską. Cesarstwo Annuryjskie przeraża i fascynuje jednocześnie, sprawiając, że czytelnik chce wiedzieć tu i teraz, co dzieje się dalej. Staveley okazał się właściwym człowiekiem na właściwym miejscu, by opowiedzieć tę pozornie prostą historię o pragnieniu władzy i skonfliktowanym rodzeństwie.
„ Piekarze mają mąkę, rybacy mają sieci, a przywódcy mają kłamstwa.”
„Boski ogień” nie zwalnia akcji nawet na chwilę. Wydarzenia zmieniają się jak w kalejdoskopie, pojawiają się nowe postaci – każda porządnie zarysowana – a sytuacja rodzeństwa ciągle jest pod znakiem zapytania. Staveley nie daje gwarancji, że ulubiony bohater przeżyje konflikt, wydaje się wręcz, że jego ambicją jest stworzenie historii wzorem George’a R.R. Martina. I choć wiele mu brakuje do mistrza po fachu, to idzie w dobrym kierunku.
To złożony świat, który wydaje się być jak najbardziej prawdziwy. Wszystkie możliwe klasy społeczne i istoty się przewijają przez powieść – od elitarnych żołnierzy, przez prostytutki, obłąkanych wiernych. kapłanów, paranormalne stworzenia aż po bogów i rodzinę cesarską. Cesarstwo Annuryjskie przeraża i fascynuje jednocześnie, sprawiając, że czytelnik chce wiedzieć tu i teraz, co dzieje się dalej. Staveley okazał się właściwym człowiekiem na właściwym miejscu, by opowiedzieć tę pozornie prostą historię o pragnieniu władzy i skonfliktowanym rodzeństwie.
„Im kto bardziej martwy, tym uczciwszy się staje. Kłamstwo jest słabością żywych.”
Tom pierwszy był tylko przygrywką. Dopiero w „Boskim ogniu” akcja rozkręca się na tyle, będąc pełna intryg i sojuszy najróżniejszych, że czasem trudno się czytelnikowi zorientować, kto z kim i dlaczego. Staveley rozgrywa fabułę na wielu poziomach i wydaje się, że nawet bohaterowie gubią się w swoich zobowiązaniach i grą na kilku frontach. To w którymś momencie będzie musiało osiągnąć punkt kulminacyjny, jednak na to trzeba poczekać do ukazania się tomu trzeciego. I mieć nadzieję, że Staveley utrzyma lot zwyżkowy i „The Last Mortal Bond” będzie jeszcze lepszy.
Marta Kraszewska
