Sylvain Reynard
Raven
Sylvain Reynard Raven Wydawnictwo Akurat

Wracając w środku nocy po imprezie u koleżanki, Raven przypadkowo staje się ofiarą grupki bandytów. Prawie umiera, ale budzi się tydzień później nie pamiętając nic ze zdarzeń z owej feralnej nocy. Co jeszcze dziwniejsze – po jej kalectwie nie ma śladu, a jej aparycja zmieniła się nie do poznania.

REKLAMA
Punkt wyjścia jest nawet niezły. Gdyby autor poszedł w kierunku thrillera, można byłoby otrzymać świetną powieść w stylu Musso. No ale na nieszczęście wszystkich Reynard postanowił/postanowiła (dwojaka forma jest wprowadzona, bo autor(ka) ma zamiar przechytrzyć w byciu tajemniczym swojego bohatera i nie ujawnia jakichkolwiek danych osobowych) wprowadzić do książki wampiry. A oprócz tego napisać paranormalny romans w stylu „Pięćdziesięciu twarzy Greya”.
Ale nawet to nie musiało świadczyć o straconej pozycji „Raven” – choć nie da się ukryć podana etykietka powyżej etykietka trochę odstrasza. Tyle, że ta książka jest po prostu zła i irytująca. Nawet w gruncie rzeczy ciekawe pomysły zostały tak przedstawione, że czytelnik ma ochotę wejść do środka książki, zdzielić patelnią bohatera, który się akurat wypowiada. A w przypadku wykorzystywania schematów idzie autorowi/autorce jeszcze gorzej – tu poziom irytacji sięga zenitu. Można z praktycznie stuprocentową dozą prawdopodobieństwa zgadywać, jaka będzie następna interakcja pomiędzy bohaterami. I choć w przypadku romansów owe wykorzystywanie schematów nie musi być niczym złym, bo to sposób świadczy o podejściu autora do czytelnika i o jego umiejętnościach pisarskich, o tyle w przypadku „Raven” i owszem, jest.
Problemem jest właśnie choćby sam związek głównych bohaterów. On – tajemniczy, że już bardziej się nie da, taki ultra-Grey de facto. Wampir, żyjący od średniowiecza, akurat teraz przeżywa swój kryzys wieku średniego, dzieląc swój czas wolny pomiędzy ratowanie swojego księstwa – mając kilkudziesięciu, jeśli nie kilkuset poddanych, na oko brzmi to nie realnie, bo sorry, ale jak oni mają się niby wyżywić, zwłaszcza, że to dane tylko z jednego księstwa – a próbę zdobycia niedostępnej Raven aka Any Steel. Ona zaś – jest irytująca. I to ją określa.
Owszem – jest wykształcona – miło, że Reynard ukazał(a) to w kilku momentach, przedstawiając Raven w pracy – i podobno ma jakiś charakter, ale trudno stwierdzić, bo poza graniczącym z głupotą poświęceniem dla innych, nic jej nie wyróżnia spoza tłumu bohaterek romansów klasy C. Chyba, że elementem oryginalnym miało być kalectwo i brak urody głównej postaci – i choć miło, że nie wszystkie żeńskie bohaterki romansów nie są praktycznie żywcem wyciągnięte z pokazów mody, to jednakowoż czytelników bardziej interesuje charakter niż wygląd, bo przecież muszą słuchać jej myśli.
A oprócz tego mieć do czynienia z logiką owej powieści. I znowu – zawodzą zarówno bohaterowie – którzy zmieniają zdanie co pół minuty, aby tylko łatwiej popchnąć akcję do przodu niżby się wysilić, jak i sam pomysł. Bo oto autor(ka) wymyślił(a) sobie, że On będzie kimś super ważnym, czyli przywódcą wampirów. Ale jakoś nikt nie pomyślał o tym, jak niby te wszystkie wampiry miałyby się wyżywić. Albo – wampiry nie mają swoich charakterystycznych cech. Główny bohater to już w ogóle, co inne ze stada nie mogą, to akurat on może – jak choćby stosunek do słońca.
Tu ważna uwaga, aby nie było, że to czepianie się bez powodu – autorka niniejszego tekstu znajduje się w grupie targetowej tej powieści. A zatem powinna się zachwycić, zakochać w historii, a także pragnąć czym prędzej sięgnąć po tom drugi, a przynajmniej sięgnąć po inne powieści Reynard(a). Tymczasem jedyne uczucie, które towarzyszy czytaniu niniejszego „dzieła” to irytacja. I rosnące poczucie niezrozumienia, jakim cudem to ktoś wydał.
Marta Kraszewska

Czy chcesz dostawać info o nowych wpisach?