
Życie składa się z sukcesów i porażek, wzlotów i upadków, chwil szczęścia i płaczu. Tych drugich w opowiadaniach Julii Fiedorczuk jest jakoś więcej. Czyżby życie zwykłych ludzi było tak naprawdę zupełnie do bani?
REKLAMA
Aktorka, której ostatnia rola to rola niepotrzebnej nikomu kobiety, kobiety starej, a więc zrzuconej ze skały. Pracownik magazynowy przemykający przez ulice miasta, starający się być niewidoczny, jakby zawstydzony faktem, że kawa ze Starbucksa jest poza jego zasięgiem. Zbierająca stare gazety i odpadki kobieta, która traci swój dom i zrezygnowana wraca do lasu. I wreszcie kolejna kobieta, ta żyjąca na ulicy, szukająca mężczyzn, którzy przez chwilę dotrzymają jej towarzystwa, kupią jej piwo, coś do jedzenia i papierosy, mężczyzn, którzy być może, przez chwilę, zobaczą w niej kobietę. I jeszcze ten mężczyzna przerażony agresją na drodze, uciekający w strachu przed innym kierowcą, zażenowany, iż nie potrafi pokazać swej rodzinie tego, że jest w stanie ich obronić.
Dwadzieścia dwie historie o wielkich porażkach i drobnych sukcesach. Julia Fiedorczuk już kilka razy udowodniła, że potrafi kreślić sytuacje realnie tragiczne, przez co tak nam wszystkim bliskie. Wprowadza nas tym samym w świat małych radości i wielkich tragedii, codziennych trosk i zbyt rzadko odczuwanego uczucia zadowolenia czy spełnienia. Mało kto z nas jest mieszkańcem takiego właśnie świata, ale chyba każdy, choć przez chwilę się o niego otarł. Dlatego waśnie opowiadania te, z tego smutnego, ale też pięknego świata, chwycą nas za serce, ale też przygnębią.
Ale czy nasza codzienność nas nie przygnębia?
