
Sądzisz, że umieszczenie na małej powierzchni grupy ludzi, którzy po jakimś czasie zaczynają skakać sobie do oczu jest wyeksploatowanym pomysłem? Chyba nie czytałeś Instytutu Żulczyka.
REKLAMA
W dużym mieszkaniu w krakowskiej kamienicy uwięziona zostaje grupa ludzi. Mieszkańcy i goście stłoczeni na powierzchni stu metrów kwadratowych. Nie mogą wyjść i nie mogą nawiązać kontaktu ze światem zewnętrznym. Nikt, ale to nikt nie może przyjść im z pomocą, a skromne zapasy żywności i papierosów na pewno nie wystarczą na długo. Klaustrofobia skłania do sięgania po otumaniające leki, leki wywołują sen, a w czasie snu mieszkanie odwiedzają tajemniczy Obcy. Ci, którzy uważają, że to mieszkanie należy do nich. W końcu pierwotnie wyimaginowane zagrożenie staje się realne na tyle, że uwięzieni zmuszeni są do walki o życie.
W tej scenerii horroru poznajemy Agnieszkę. Właścicielka mieszkania, które dowcipnie nazwano Instytutem, stara się poukładać swoje zdewastowane życie. Przede wszystkim musi stanąć finansowo na nogi, odzyskać córkę i uciec w siną dal niczym Thelma i Louise. Jej wspomnienia o dawnym życiu i marzenia o córce przeplatają się z tragizmem teraźniejszości. Mix jawy i snu, rzeczywistości i wspomnień przelatuje przed czytelnikiem niczym niezdarnie zmontowany film. Stale przeplatające się sceny i nieco nerwowa narracja powodują poczucie zagrożenia. Czytelnik z jednej strony współczuje bohaterce, z drugiej zaś panicznie się boi. Ten strach nie wynika jedynie z obaw o Agnieszkę i jej przyjaciół, to strach prze odwróceniem każdej kartki, przed tym, jakie treści za sobą niesie.
Jednak nie można nazwać książki Żulczyka zwykłym horrorem. Każdy z nas ma jakieś fobie, dzisiejszy świat zaś niesie wiele zagrożeń. I o tych właśnie zagrożeniach, lękiem przed wszechmocną, zdecydowaną siłą, lękiem przed bezinteresowną pogardą i odhumanizowaniem jednostki, wreszcie lekiem przed podziałem na ludzi mniej i bardziej wartościowych.
To właśnie jest przesłaniem Jakuba Żulczyka.
