
Puszcza Białowieska umiera. Tak piętnaście lat temu Simona Kossak rozpoczęła swą znakomitą Sagę Puszczy Białowieskiej, wskazując jednocześnie winnego tej powolnej agonii. Winnym jest las. Las, uporządkowany, równy, dający pożytki w postaci drewna i miejsca polowań jest ukochany przez leśników i biznesmenów. Las ma możnego sojusznika w postaci decydentów o fantazji i wyobraźni księgowego z malutkiego kołchozu. Przez wiele lat o losach Puszczy decydowali bowiem ludzie, których wyobraźnia nie sięgała dalej niż kilka lat.
REKLAMA
Trudno dziś pisać o Puszczy Białowieskiej, a tym bardziej o tej książce bez odniesień do bieżącej polityki. Dożyliśmy bowiem czasów, kiedy jakakolwiek dbałość o środowisko naturalne urasta do rangi deklaracji politycznej, a twarda demonstracja swego stanowiska kosztować może karierę. Podobnie było i w latach głębokiego komunizmu, kiedy w imię kolejnych pięciolatek wycinano kilkusetletnie drzewa.
Simona Kossak, krakowianka z urodzenia i mieszkanka Puszczy z wyboru, postanowiła, właśnie w imię obrony ekosystemu Białowieskiego Parku Narodowego, przybliżyć jak najszerzej rzeszy czytelników środowisko naturalne jedynej w skali europejskiej, naturalnej i liczącej około 6 tysięcy lat Puszczy. Ten ogromny pomnik przyrody, wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO jest ostatnim miejscem w Europie gdzie zachowały się elementy lasu o charakterze pierwotnym. Ostoja 70% występujących w Polsce ssaków i miejsce występowania czterystu porostów, z których wiele występuje tylko na jej terenie. Jednocześnie Puszcza związana jest z człowiekiem, który idąc za biblijnym „czyńcie sobie ziemię poddaną” stara się ją okiełznać, zapominając, że coraz mniej stać go na to, by nie chronić przyrody.
Jak opowiadać o Puszczy, by nie zanudzić czytelnika? Czy gawędziarski styl opowieści będzie wystarczającym do tego, skupić jego uwagę i przemycić do jego świadomości konieczność ochrony przyrody? Wydaje się, że Autorka wybrała najlepsze narzędzie. Z jednej strony zaserwowała czytelnikowi sfabularyzowaną historię z dziejów Puszczy, drukowaną w kolorze zielonym, po którym następuje naukowa, ale nie nużąca historia puszczańska, w której człowiek schodzi na dalszy plan, a w centrum jest przyroda. Jako przedstawiciele gatunku ludzkiego możemy się poczuć urażeni, ale musimy sobie uświadomić, że nasza rola w okiełznaniu ziemi nie należała do zbyt chwalebnych. Tylko człowiek ze wszystkich ssaków zabija dla przyjemności, szczycąc się różnorakimi trofeami. Niczym nienasycona bestia, człowiek stara się pozyskać jak najwięcej, by zaspokoić stale rosnącą chęć konsumpcji. Przez stulecia traktował więc Puszczę nie tylko jako rezerwuar możliwych do spieniężenia zasobów, ale i miejsce rozrywki. Nie muszę chyba dodawać, że efekty aktywności ludzkiej nie odbijały się pozytywnie na puszczańskim ekosystemie.
Znajdowali się jednak pasjonaci na tyle zamożni lub uparci, którzy nie dopuścili do całkowitej degradacji Puszczy. Puszcza podnosiła się z nawet z największych upadków, podniosła się nawet po rabunkowej gospodarce pruskiego okupanta, który od roku 1916 aż do odzyskania przez Polskę niepodległości, wycinał i wywoził z Puszczy wielkie ilości drewna. Dziś, po stu latach od rozpoczęcia rabunkowego wycinania drzew puszczańskich nad Białowieżą znowu zawisł cień bezwzględnej piły mechanicznej. Plany wycinki, stale rozszerzane, zbliżają się do skali wycinek armii kajzerowskiej. Wprawdzie słyszymy zapewnienia o zalesianiu wycinanych terenów, które brzmią niczym prawda Lejzorka Rojsztwańca : „Zwalniają, znaczy będą przyjmować”. Te zapewnienia brzmią jednak jak zachęta do tego, by obraz Rembrandta zamienić na bohomaz dziecka z przedszkola i urągałyby nawet mieszkańcowi republiki bananowej.
Chrońmy Puszczę, bowiem ona pamięta nie tylko władców Polski, nie tylko początki naszej państwowości, ale też wielkie chwile dla naszej tożsamości narodowej. Wycięta i posadzona na nowo Puszcza zubożyłaby nas tak samo, jakbyśmy dziś stracili Wawel, a w zamian otrzymali gierkowski blok z wielkiej płyty.
