
Franciszek Rzeźnik ma pecha. Wszelkie próby dostosowania się do warunków, w których przyszło mu żyć kończą się tym samym. Zawód, poczucie przegranej, niespełnienia i winy. Nasz bohater nie rozumie bowiem, że problem tkwi w nim samym, w jego wnętrzu.
REKLAMA
Kilkuletni chłopiec chce zostać Leninem, nie wierzy, że Lenin jest komunistą, bowiem komuniści są samym złem. Ta odważna deklaracja łamie życie jego ojcu i na zawsze czyni z niego oportunistę. Franciszek, bowiem o nim jest tu mowa, nie zrywa z komunizmem, choć nie podoba mu się wkroczenie wojsk radzieckich do Czechosłowacji. Ślub z odpowiednią kobietą ułatwia mu podjęcie pracy w tajemniczym instytucie, gdzie wreszcie może się spełniać zawodowo. Sukces, kochanka w standardzie i pierwsza próba sprzeciwu przerwana została przez transformację ustrojową. W oczach naszego bohatera ta transformacja jest klęską. Nie zmieniła bowiem stojącej nomenklatury, nie zmieniła nawet jego samego. Bowiem nową drogę należy zacząć od tego, by wymarli wszyscy, którzy pamiętają niewolę egipską.
Lajos Grendel należy do tych autorów, którzy potrafią jednym zdaniem przedstawić treści, które innym zabierają wiele stron tekstu. Ten świetny obserwator natury ludzkiej, psychiki i motywacji uświadamia nam, że tak naprawdę w życiu nic od nas nie zależy. Jeśli nawet rozbijemy bryłę globusa, w jej środku znajdziemy inną, a pod nią jeszcze jedną. Zmiana ludzkiej mentalności, od tego trzeba zacząć, rewolucja bez tej zmiany jest bowiem ułudą, jeśli nadal tkwić w nas będzie homosovieticus.
Dzwony Einsteina są więc satyrą na nas samych, na naszą ułudę przemian, którą codziennie jest nam dowodzi nasza rzeczywistość. Śmiej się, pajacu, choć bolejesz niezmiernie. Śmiej się, choć ból przeszywa serce twe. Ten cytat z Ruggiero Leoncavallo będzie w nas tkwić po lekturze Grendela.
Smutne? A może prawdziwe?
