
„Czterech profesorów prawa, dwoje rumuńskich dyplomatów i Katiba Lahbabi, jeśli nie liczyć mnie i pana – przypomniał arabski ekspert. –[…] Kto z nich jest zabójcą?”
REKLAMA
Drongo przybywa na międzynarodową konferencję w Rumunii, podczas której przedstawiciele państwa mają zamiar przekonać przybyłych, że włączenie Rumunii do strefy Schengen to świetny pomysł. W ramach tego zabierają poszczególne grupy na wycieczkę po kraju. Już pierwszego dnia do Donga docierają informacje o pogróżkach, które dostawali uczestnicy. A po krótkim czasie niespodziewanie ginie pierwsza osoba.
Agacie Christie z pewnością spodobałaby się kompozycja „Podróży do Transylwanii”, która wraca do starych, dobrych korzeni powieści detektywistycznej. Ograniczona ilość bohaterów, w miarę zamknięta przestrzeń – wszak gdziekolwiek się akcja przemieszcza, tam operuje na zawężonej powierzchni – wszystko to przypomina książki brytyjskiej pisarki – mało tego, kilka razy postacie same wspominają, że nieco za bardzo zbliżają się do realiów „I nie było już nikogo”. Sam sposób poprowadzenia także przenosi do zasad pisania powieści detektywistycznej – a rozwiązanie zagadki to już kwintesencja finałów książek Christie.
Tyle, że samo podobieństwo do powieści Christie i tworzenie historii zgodnie z zasadami stworzonymi w złotej erze powieści detektywistycznej nie oznacza od razu, że Czyngiz Abdułłajew pisze w ten sam sposób, co autorka „Morderstwa w Orient Expressie” [ich podobieństwo, prócz tej samej kompozycji, kończy się na ilości pozycji w bibliografii], a Drongo to nowa Marple czy Poirot. To byłoby zbyt piękne. I trochę zbyt nudne.
Przede wszystkim „Podróż do Transylwanii” pełna jest aluzji politycznych. Abdułłajew opiera całą historię na prawdopodobnym włączeniu Rumunii do strefy Schengen. A że bohaterowie pochodzą z różnych stron świata i reprezentują różne grupy interesów, to argumenty – niekoniecznie poprawne merytorycznie – latają z jednej i z drugiej strony z prędkością światła i nikt nie traci okazji, by wetknąć przeciwnikowi szpilę. Poza tym autor komentuje obecną wówczas sytuację polityczną Europy – akcja dzieje się gdzieś około roku 2011, gdy to powieść zawitała na rynku – a to wspomina o Tymoszenko, a to o problemie z uchodźcami – a przedstawiona przez niego sytuacja niepokojąco odzwierciedla teraźniejszość. Abdułłajew, można rzecz, przewidzieć przyszłość.
Do tego dochodzi jedna ciekawa kwestia. Otóż Czyngiz Abdułłajew będąc mieszkańcem Azerbejdżanu i wychowankiem tegoż państwa patrzy na politykę z punktu widzenia mieszkańca Wschodu. Tego postsowieckiego. A zatem część wydarzeń opisuje to tak, aby jego docelowy czytelnik – a zatem Azer – zrozumiał, o co chodzi. Także spojrzenie społeczne jest zniekształcone, zamazane – i choć stara się maskować swoje poglądy pod płaszczykiem tolerancji, to w słowach i sposobie przedstawienia danej sytuacji przebijają się prawdziwe poglądy. To zaś daje pewne wyobrażenie o poziomie społeczeństwa azerbejdżańskiego.
„Podróż do Transylwanii” czyta się miło, aczkolwiek należy mieć nadzieje, że jedynie kilka powieści trafi na polski rynek – autor od lat 80. napisał ponad 190 powieści, a więc nie ma bata, pewne schematy muszą się powtarzać i w którymś momencie będzie widać zmęczenie materiału, a że lepiej się rozstawać z autorem w przyjaźni, to lepiej poprzestać na kilku, ale za to na tych najlepszych.
Marta Kraszewska
11
