
Piotr Zychowicz z pewnością nie jest z mojej bajki, nie ceniłem jego wcześniejszych książek przede wszystkim ze względu na selektywny dobór faktów. Nasz publicysta bowiem ma manię ignorowania niepasujących do jego wizji świata i bezkrytycznego przyjmowania tych pasujących. Ludzie się jednak zmieniają pomyślałem otwierając jego ostatnią książkę, więc i być może Zychowicz dojrzał wreszcie do poważnego podejścia do tematu. Jednak już spis treści obnażył moją naiwność.
REKLAMA
Głównym grzechem Zychowicza jest to, że zgromadził pod jedną okładką dawno już znane i krytykowane teksty. Nihil novi, pomyślałem widząc tytuły. Dwa, może trzy nie znalazły uznania redaktorów naczelnych nawet takich gazet jak DoRzeczy czy Rzeczpospolita, reszta to przedruki sprzed lat. Ktoś złośliwy mógłby tu powiedzieć, że oto Zychowiczowi na gwałt są potrzebne pieniądze, więc nie mając czasu na pracę, przejrzał archiwa, wybrał co tam mu pasowało, poukładał według sobie znanego klucza i przekazał wydawnictwu. Za prawdziwością tej tezy przemawiają dwa pierwsze wywiady, których w żaden sposób z tytułem książki powiązać nie można.
Wszyscy chyba pamiętamy jak przed laty opinia publiczna zelektryzowana została przez chazarskie rewelacje Shlomo Sanda. Skrótowo rewelacje te opierają się na tezie, że współcześni Żydzi nie pochodzą z Jerozolimy tylko są potomkami Chazarów, którzy po rozbiciu kaganatu tajemniczym latający talerzem przenieśli się na Zachód Europy, by potem wracać sobie na Wschód. Na poparcie tej tezy Sand podawał informacje o znalezieniu stroju, który miał być identycznym z szatami kapłańskimi, oaz brak śladów obozów dla uchodźców wokół Judei z pierwszego wieku naszej ery. Argumenty te zapewne wzbudzały salwy śmiechu zarówno u religioznawców jak i archeologów oraz historyków. To jednak, co dezawuowało obraz Sanda u historyków, w żaden sposób nie przeszkadza Zychowiczowi, nawet po sześciu latach, kiedy mógł zapoznać się z dość krytycznymi opiniami na jego temat.
Podobnie jest z Riggiem, autorem książki o tragedii mischlingów walczących w niemieckim Wehrmachcie. Widocznie chwytliwy tytuł książki również pasował Zychowiczowi dla sobie tylko znanego sposobu doboru wywiadów i artykułów. Nasz znawca historii odrzucił albo zagmatwane pojęcie mischlinga, albo uznał za prawdziwą nazistowską teorię o przewadze krwi nad narodową świadomością. Obie przyczyny są równie smutne, co żenujące.
Dalej jest jeszcze lepiej. Obrywają powstańcy w getcie warszawskim za to, że nie walczyli, poza walką prowadzoną przez ŻZW, a cały opór został wymyślony już w nowo powstałym państwie żydowskim, by ukryć wstyd przed biernością w czasach Zagłady. Nie będę tu oceniać wiedzy Mosze Arensa, rozmówcy naszego publicysty, powiem jednak, że w zarówno jeśli chodzi o historię warszawskiego getta, jak i żydowskiego oporu w czasie II wojny, wolę się opierać o wiedzę Dariusza Libionki i Jacka Leociaka.
Nie chcąc przedłużać dalej pisania i zanudzać czytelników bloga dodam, że od Zychowicza dostaje się wszystkim, a obraz Żydów jawi się po lekturze, jako potomków Chazarów, dzielnie walczących dla Hitlera, którzy po tym, jak udawali stawianie oporu zaczęli gnębić i bombardować na Bliskim Wschodzie tamtejszą ludność etniczną, zabraniając jednocześnie Iranowi posiadania broni atomowej, a wszystko to dzieje się za sprawą lewicy, która nienawidzi Izraela, w którym to Izraelu chronieni są zbrodniarze komunistyczni przez ludzi pokroju Barucha Goldsteina. Ten tok rozumowania możliwy jest po wypiciu co najmniej litra mocnej kanadyjskiej whisky, do czego oczywiście nie zachęcam, bo kac po niej jest okrutny.
Podobno książka ta ma wkurzyć zarówno filo jak i antysemitów. Kilka być może rozdziałów wywoła grymas niechęci antysemity, pozostałe jednak wzbudziłyby aplauz. Oto dostali zbiór antysemickich kalek w jednym miejscu. Gotowych do przepisania i powielania.
