Rhys Bowen
O mój ukochany
Rhys Bowen O mój ukochany Noir sur Blanc

Choć Molly jest zła na Daniela Sullivana, a przez ostatni miesiąc skutecznie go unikała i nie byłoby jej szczególnie przykro, gdyby w końcu ich drogi przestały się krzyżować, to nie potrafi odmówić jego prośbie o pomoc. Bowiem Daniel trafił do więzienia i tylko Molly może go uratować.

REKLAMA
Jest oskarżony o przyjmowanie łapówek, współpracowanie z gangsterami i tym samym doprowadzenie do śmierci jednego z kolegów z pracy, a także o organizowanie nielegalnych walk. I choć wszystko brzmi co najmniej nieciekawie, wystarczy zapewnienie o swej niewinności i Molly rusza, by rozpocząć śledztwo i znaleźć osobę, która chciała pogrążyć Daniela. W wyjątkowo dotkliwym upale biega po Nowym Jorku, zbiera kolejne plotki o Rozpruwaczu z East Side i zmaga się z osobistymi problemami, a jednocześnie podejmuje się kolejnych zleceń.
„O mój ukochany” to póki co chyba najsmutniejszy tom serii pióra Rhys Bowen. Cykl, który z założenia miał być kryminalno-obyczajowy ze sporą dawką humoru, niebezpiecznie zjeżdża w dramatyczne rejony. Serio, ilość problemów, z którymi Molly musi się borykać znacznie rośnie – choć nie widać tego na pierwszy rzut oka, bo autorka unika mówienia o każdej sprawie wprost – i powstaje pytanie, czy to się utrzyma, czy to tylko przejściowe kłopoty – choć należy mieć nadzieję, że do najpoważniejszego problemu Bowen jeszcze wróci, bo to wymaga kilku słów komentarza.
Ale cieszy, że Bowen nie unika tematów społecznych, że rysuje tło obyczajowe wyrazistą kreską, a nie tylko zarysowuje je na potrzeby kryminalnych historii. Miło, że nie wyraża się wprost, że nie pisze, jak dokładnie Molly powinna postąpić, ale że i nie umniejsza jej kłopotów. Może dlatego da się uwierzyć w jej problemy bez jakiegoś głosu z tyłu głowy, że jest to efekt zamierzony i może właśnie dlatego tak dramatycznie się „O mój ukochany” kończy.
Cykl o Molly Murphy jest jednym z tych serii, które należą do ulubionych autorki niniejszej recenzji i na którego kolejne tomy czeka się z niecierpliwością, a gdy dana część w końcu wyjdzie pochłania się ją zachłannie w ciągu dwóch, trzech wieczorów. Dlatego smutna jest częstotliwość, z jaką następne tomy pojawiają się na polskim rynku. Jedna część rocznie to trochę mało, zważywszy na to, ile póki co anglojęzyczny oryginał liczy [około 14 tomów, w zależności czy liczyć bożonarodzeniowy epizod czy nie], co oznacza, że za dziewięć lat może poznamy zakończenie historii Molly. A to niekoniecznie jest dobrym pomysłem – już teraz, jeśli czyta się zaraz po premierze kolejnego tomu serii, można mieć kłopot z przypomnieniem sobie niektórych wątków przy okazji czytania najnowszej części. Choć rzeczywiście, gdy już w końcu wychodzi, to jest perfekcyjnie dopracowana pod względem językowym, a zatem brawa dla tłumaczki, Joanny Orłoś-Supeł.
„O mój ukochany” potwierdza, że Rhys Bowen nie zwalnia tempa, ma pomysł na kolejne tomy – to jest szczególnie ważne, bo oznacza, że rzeczywiście autorka lubi pisać o Molly, a nie wykorzystuje popularności książek – i nadal czyni to z gracją i lekkością, cykl wykazuje tendencje zwyżkową [a to zawsze powinno cieszyć],a bohaterów nie sposób nie lubić. A grono tych się powiększa i z nadzieją można czekać na kolejne wystąpienia Sabelli Goodwin. Zatem zarówno stali już czytelnicy, jak i ci nowi powinni się cieszyć i wyczekiwać kolejnego tomu – czyli prawdopodobnie czekać na maj 2017.
Marta Kraszewska

Czy chcesz dostawać info o nowych wpisach?