Raphael Montes
Dziewczyna w walizce
Raphael Montes Dziewczyna w walizce Wydawnictwo Filia

„Otworzył walizki i przełożył ubrania z większej do mniejszej. Zatrzasnął ją i z pewnym trudem zapiął zamek błyskawiczny. Następnie umieścił Clarice w większej walizce, zostawiając szparę, aby się nie udusiła.”

REKLAMA
Teo jest zwyczajnym, może nieco zbyt samotnym, studentem medycyny marzącym o zostaniu patologiem. Monotonia jego życia zostaje zakłócona, gdy na imprezie poznaje Clarice – przebojową i inteligentną dziewczynę. Zachwycony, zaczyna się nią coraz bardziej interesować. A gdy zauważa, że ta się od niego oddala, postanawia wziąć los w swoje ręce.
A zatem tytułowa dziewczyna dosyć szybko ląduje w walizce, po czym akcja zaczyna już nie tyle gnać, co pędzić na łeb i szyję – Teo przemieszcza się po kraju z Clarice, odtwarzając kolejne punkty scenariusza dziewczyny, o wiele mówiącym tytule „Cudowne dni”.
Zresztą tytuł scenariusza, to pierwotna nazwa powieści Raphaela Montesa. To jeden z tych przypadków, gdy zmiana przez tłumacza wychodzi na lepsze. Nie da się ukryć, że brzmi to dużo gorzej od „Dziewczyny w walizce” – bo choć jest to zabieg czysto marketingowy [obecnie słowo „dziewczyna” sprzedaje się, bo ludzie mają od razu skojarzenie z tą, która zaginęła stworzoną przez Gillian Flynn], to nie da się ukryć, że przykuwa uwagę i co więcej – ma sens i zgadza się z treścią książki – co skądinąd nie jest obecnie wymogiem książek.
W zalewie powieści z dziewczyną w tytule można się nieco uprzedzić do książki przed jej lekturą. Choć rzeczywiście, wszystkie należą do tzw. domestic noir – czyli, mówiąc w skrócie, thrillerów opowiadających o przemocy wobec kobiet i ich stosunku do agresji – to każda podejmuje temat w nieco inny sposób. Oczywiście, zdarzają się gorsze powieści – jak we wszystkich gatunkach i podkategoriach – ale „Dziewczyna w walizce” do nich nie należy.
To powieść, w trakcie której czytelnik niejednokrotnie będzie powtarzać z niedowierzaniem „Co?”, „Czy naprawdę…” – odpowiedź będzie ciągle ta sama – tak, naprawdę. Mocno oddziałująca na psychikę, czasami zahaczająca o absurd i groteskę, ale przykuwająca uwagę wartką fabułą i zaskakującymi zwrotami akcji pojawiającymi się niczym grzyby po deszczu.
Choć językowo i stylistycznie daleko jej do „Zaginionej dziewczyny” [porównań niestety nie da się uniknąć, pojawiają się automatycznie], to stanowi kawał porządnie napisanego thrilleru, który umili wieczór i każe się zastanowić, jak dalece można ufać nowo poznanym ludziom. Może nie jest to najlepszy thriller, jaki dany będzie polskim czytelnikom przeczytać w 2016 roku, ale z pewnością znajdzie się w pierwszej trójce.
Tak więc, powtarzając za Sophie Hannah, trzeba obserwować Raphaela Montesa. Skoro z obiecanej matce historii miłosnej wyszło coś takiego, to aż strach myśleć, co powstanie, gdy Montes na serio zabierze się do thrilleru.
Marta Kraszewska

Czy chcesz dostawać info o nowych wpisach?