
Lata osiemdziesiąte XX wieku, Kanada, John Wheelwright, Amerykanin z urodzenia i Kanadyjczyk z wyboru, obserwuje z niepokojem wydarzenia we własnym kraju. Epoka Reagana jako żywo przypomina mu naznaczoną Wietnamem młodość. Wspominając zaś młodość, każdego wieczoru John modli się za Owena, przyjaciela, któremu tak wiele zawdzięczał.
REKLAMA
Owen Meany to dziwny chłopak. Naznaczony niskim wzrostem, dziwnym głosem i chorobliwym przekonaniem, że stworzony jest do rzeczy wielkich. Głodny matczynej miłości i normalności domu rodzinnego zakochuje się w matce swego przyjaciela. Owen potrafi zazdrościć wszystkiego- wakacji, relacji rodzinnych, wzrostu i urody. Taki człowiek nigdy nie zazna szczęścia, póki nie znajdzie wewnętrznego spokoju, póki nie zrozumie, że swym talentem może dokonać czegoś naprawdę wielkiego. I wreszcie dokonuje tego, jako żołnierz armii Stanów Zjednoczonych, nie na polu walki, w Wietnamie, nie spektakularnym, bohaterskim czynem, ale zwykłym ludzkim poświęceniem.
Po raz kolejny możemy się przekonać jak wielkiej klasy pisarzem jest Irving. W jego prozie wspomnienie z dzieciństwa urasta do rangi wydarzenia, myśl zaś o przyjacielu do rangi modlitwy i elegii. Jednocześnie brak w jego prozie nadętego patosu, do którego przyzwyczajają nas ludzie, którzy wielkim słowom starają się nadać sztuczne wręcz znaczenie. A przecież słowa te kryją w sobie coś osobistego i naturalnego, jak choćby oddychanie, a Irving najlepiej to chyba rozumie. Nie staniesz się człowiekiem pobożnym czy bohaterskim, nie staniesz się patriotą od samych zapewnień o swoich przymiotach. To życie i Twoje codzienne postępowanie, to, ile masz w sobie empatii, jak odnosisz się do innych ludzi, jak ich szanujesz, na ile pozwalasz im być wolnym, czyni z Ciebie takiego, a nie innego człowieka. Słowa zaś, które wypowiadasz, świadczą tylko o tym, że potrafisz mówić.
Uświadommy to sobie, zwłaszcza w dzisiejszych czasach.
