Victoria Scott
Tytany
Victoria Scott Tytany Wydawnictwo Juvi

W Detroit już od dłuższego czasu uważa się, że wyścigi samochodowe to przeżytek. Pojawiła się nowa rozrywka – inżynierowie stworzyli tytany – pół konie pół maszyny, na których śmiałkowie ścigają się, by w niebezpiecznych wyścigach wygrać dwa miliony dolarów. Nie da się ukryć, że między innymi to skusiło Astrid, by podjąć ryzyko.

REKLAMA
Oczywiście, kocha wyścigi tytanów i od początku ich istnienia z zapałem je ogląda, analizuje i jej skrytym marzeniem jest, by samej móc jedną z tych maszyn dosiąść. Podobno jednocześnie także tytanów nienawidzi, ale to tylko niepotwierdzona plotka z opisu książki. W każdym razie, gdy otrzymuje od losu szansę, by się ścigać, nie waha się ani chwili, zwłaszcza, że wygrana uratowałaby jej rodzinę przed bankructwem i ostatecznym rozpadem.
„Tytany” to kolejna młodzieżowa powieść Victorii Scott, którą polscy czytelnicy mogli znać z dylogii „Ogień i woda”, będącej jej własną wersją „Igrzysk śmierci” z lepszym od Collins zakończeniem. Tym razem jednotomówka, co oszczędzi wszystkim czytelnikom czytania kolejnych części i uzależnienia się od autorki, która w sumie nie wie, czy nie pociągnąć historii, skoro ma pomysł [oraz nieźle na tym zarabia], co ostatnimi czasy pisarzom książek młodzieżowych, jak i NA i YA zdarza się coraz częściej, ku zgrozie portfela.
Tym razem akcję Scott umieściła w Detroit, prawie współczesnym odbiorcom. Niewiele się różni od tego, który obecnie jest – bieda nadal tam trwa, „ostatni gasi światło” nadal jest aktualnym hasłem, fabryki zamykają się jedna po drugiej, w zasadzie tylko tytanów nie ma obecnie. Ale nie ma czego żałować, bo i ich opis szczególnie nie zachęca.
Sama objętość książki bowiem jej szkodzi. To zaledwie trochę ponad trzysta stron, a wyścigów jest siedem. Przez to wszyscy, którzy nie byli wyścigiem albo nie nazywali się Astrid, zostali zepchnięci do roli epizodów. I tak w tle przewija się wiele wątków, które mogłyby być ciekawe – przemoc fizyczna, której ofiarą pada jedna z sióstr Astrid, kwestia kreowania swojego wizerunku w mediach czy sprzedaż samej siebie. No ale tylko mogły być, bo Scott tylko sygnalizuje, że tam dzieje się coś złego, po czym wraca do treningów Astrid ze Skoblem – tak ma na imię jej tytan.
Niby dużo się w „Tytanach” dzieje, ale tak jakby nie działo się nic. Bo i opis pierwszych treningów ze Skoblem zabiera wiele miejsca, i trzeba napisać wstęp – dobrze zarysowujący akcję, ale nieco przydługi jak na objętość książki, i do tego odhaczyć kolejne schematy, co by niczego nie zabrakło. Choć jeden z nich Scott fajnie poprowadziła, pokazując, że niekoniecznie zawsze musi być tak, jak można by się spodziewać.
Tak więc długość fabuły, którą zaplanowała sobie Scott nie koresponduje z ilością miejsca, jaką miała. Wystarczyło dodatkowe dwieście stron, by wszystko ładnie się rozłożyło i by móc poświęcić więcej miejsca na… w sumie na wszystko. Ewentualnie mogła skupić się na jednym tylko wyścigu i lepiej całość zaplanować. No ale cóż, nie można mieć wszystkiego.
W każdym razie „Tytani” ucieszą każdego fana „Ognia i wody”, a także wszystkich, którzy lubią powieści, w których bohater musi wziąć sprawy w swoje ręce inaczej nic się nie uda. A dla każdego, kto jeszcze nie miał styczności z prozą Scott, lepiej by zaczął lekturę od „Tytanów”, jej najnowszej książki, która jest w miarę oryginalna, a przynajmniej bardziej różni się „Igrzysk śmierci” niż dylogia.
Marta Kraszewska

Czy chcesz dostawać info o nowych wpisach?