Deborah Moggach "Hotel Złamanych Serc"
Deborah Moggach "Hotel Złamanych Serc" Wyd. Rebis

REKLAMA
Gdy emerytowany aktor nieoczekiwanie otrzymuje w spadku stary pensjonat, nie waha się ani chwili. Wszak dzieci podorastały, sam czuje, że w Londynie nie ma już dla niego miejsca, tak więc bez większego żalu wyjeżdża do Walii przejąć interes. Zaś decyzja, by poprowadzić w nowym miejscu kursy dla samotnych, zmieni na dobre życie zarówno jego, jak i uczestników.
„Hotel Złamanych Serc” to kolejna powieść Deborah Moggach, która sławę zyskała za sprawą powieści „Hotel Marigold”, który został w 2011przeniesiony na ekrany, a także doczekał się w zeszłym roku filmowej kontynuacji. Z kolei ekranizacja innej jej powieści - „Tulipanowa gorączka” ma wejść w przyszłym roku do kin.
Najnowsza powieść w zasadzie w niczym nie różni się od „Hotelu Marigold”. Tu też czytelnicy mają do czynienia z próbą zmiany życia i poszukiwaniem szczęścia głównie przez tych, których dotychczas byli przez nie omijani. Moggach przeniosła jedynie akcję z egzotycznych Indii do deszczowej Walii, ale sam koncept powieści nie za wiele się zmienił.
A zatem to lekka, niezbyt skomplikowana opowieść, gdzie ten, kto szuka spokoju, ten go znajdzie, kto towarzystwa czy sensu życia, temu na drodze zostanie postawiony człowiek bądź też odpowiedź jak rozpocząć nowy rozdział. No i miłość, którą każdy z bohaterów będzie miał szansę otrzymać. To taka lektura idealna dla odprężenia, gdy nie ma się już sił na dramatyczniejsze i poważniejsze historie.
„Hotel Złamanych Serc” ma stosunkowo długi wstęp – mniej więcej dopiero około setnej strony [z trochę ponad trzystu] Moggach decyduje się na rozwinięcie, które tak czy siak się później dość długo ślamazarzy. Autorka postanowiła bowiem od razu z wątkiem Buffy’ego – emerytowanego aktora – zarysować historie wszystkich bohaterów, którzy mieli wystąpić w późniejszych częściach powieści. Sprawiło to, że raz – czytelnik czyta i czyta i rozwinięcia akcji nie widzi, dwa – i tak później nie do końca kojarzy, kto jest kim.
Bo bohaterowie są w sumie do siebie podobni. Każde jest samotne i każde w którymś momencie książki stwierdza, że może by tak jednak przydał mu się jakiś kurs i przybywa do walijskiej miejscowości. Każdemu pisane jest rozwiązanie kłopotów i nowy wybranek. Takie posunięcie mogłoby irytować, gdyby nie to, że Moggach potrafi zaskarbić sympatię czytelników [która jednakże byłaby większa, gdyby wiedzieli, o kim mowa, a nie wertowali powieść w poszukiwaniu zaginionej historii danego bohatera]. No, a poza tym problemy są na tyle przyziemne, że da się w nie uwierzyć.
Tyle że tak naprawdę kłopoty bohaterów, z którymi przyjeżdżają do Hotelu Złamanych Serc, nie za bardzo się rozwiązują [mimo że Moggach usilnie próbuje przekonać czytelników, że happy end następuje]– bo choć zmieniają się warunki, w jakich żyją bohaterowie, częstokroć jest to tylko ucieczka od problemów bądź powierzchowne ich rozwiązanie – przykładem może być tu Nolan i jego relacje z matką. Jakkolwiek by się pragnęło, jakby nie spojrzeć, odnalezienie miłości życia nie sprawi, że nagle skończą się wszystkie jego problemy i rzeczywiście – są nadal, tyle że przykryte płaszczykiem szczęścia w związku. Tak więc nie jest aż tak pięknie i cudownie, jak twierdzi Moggach.
Mimo wszystko jest to idealna lekka lektura do poczytania dla zrelaksowania. Nie mając zbyt wielkich nadziei, można sięgnąć, by otrzymać sporą dawkę angielskiego humoru, sympatyczną, niezbyt wymagającą fabułę i ujmujących bohaterów. „Hotel Złamanych Serc” to książka, którą można określić mianem „miłej”, bo taka też jest, ale nic poza tym.
Marta Kraszewska

Czy chcesz dostawać info o nowych wpisach?