Magda Rem "Tysiąc róż"
Magda Rem "Tysiąc róż" Wyd. Prószyński i S-ka

REKLAMA
Michał wiódł wraz ze swoją żoną Elżbietą spokojne życie. Do wczoraj. Teraz wszystko się zmieniło. Dzisiaj prowadzi teatr pozorów, próbując dociągnąć rozgrywkę do końca.
Niby wszystko toczy się normalnie. On – grafik komputerowy zakochany w żonie, ona – autorka cenionych romansów. Codziennie z ich domu słychać odgłos maszyny do pisania, zraszacze nawadniają trawnik, zapach kawy unosi się w powietrzu. Słowem – idylla. A przynajmniej dla sąsiadów, którzy mimowolnie stają się obserwatorami starannie wyreżyserowanego przedstawienia. Co dzieje się za drzwiami?
„Istnieje też miłość, która polega na skakaniu sobie do oczu z pazurami. Na wiecznej karuzeli emocji. Na lizaniu ran i wracaniu do siebie”.
Polskie autorki kryminałów już nie raz dały czytelnikom w kość. W większości przypadków celują w bycie polską wersją jakiegoś słynnego pisarza kryminałów – Bonda obecnie udająca, że jest Larssonem [wychodzi jej to tylko pod względem objętości książek], Puzyńska przekonująca wszystkich, że zostanie następczynią Läckberg – a jak wiadomo, to rzadko wychodzi książkom na dobre. Czytelnicy coraz częściej dostają podróbki głośnych tytułów, a co za tym idzie –jedną, nieco już zgraną płytę. W tym zalewie podobnych do siebie powieści, „Tysiąc róż” wyróżnia się oryginalnością.
To debiut mieszkającej od lat w Anglii Magdy Rem, grafika komputerowego. Jest to fakt o tyle ważny, że ta autorka najwyraźniej nie miała wcześniej jakichkolwiek zajęć/kursów związanych z warsztatem pisarskim. I ten brak podstaw wychodzi jej książce na dobre. Bowiem udało się Rem dzięki temu uniknąć większości znanych schematów. Jest naturalnie, świeżo. Tam, gdzie wszyscy myślą, że wiedzą, co się zaraz stanie, nagle ni stąd ni zowąd autorka idzie pod prąd. Owszem, fakt braku doświadczenia Rem sprawia, że książka nie jest idealna, co wiąże się m.in. po części nieco przydługim wstępem, ale równie dobrze mógł to być zamysł autorki, by powoli wprowadzać czytelników w swój świat, w psychikę Michała.
„Tysiąc róż” to ciekawe studium relacji małżeńskich i miłości jako takiej. Trudno tu o jedną perspektywę, o zrozumienie, kto tu właściwie jest prawdziwą ofiarą, a kto katem, bo Magda Rem ciągle pokazuje na nowo Michała i Elżbietę, poprzez kolejne rozmowy tego pierwszego z poszczególnymi obserwatorami spektaklu. Makabreska ich związku zwiększa się ze strony na stronę, napięcie kumuluje się i cóż – nie sposób oderwać się od tej książki nawet na chwilę.
Choć odżegnuję się od porównywania książek do znanych nazwisk czy też mówienia o „nowym Larssonie”, to w tym przypadku coś jest w „hitchcockowskich klimatach”, o których zapewnia czytelników wydawca na okładce. „Tysiąc róż” może nie jest Psychozą czy Oknem na podwórze, ale ma w sobie pomysły Hitchcocka. Więc jeśli już porównywać do mistrza suspensu, to taki literacki „Zawrót głowy” czy „Marnie” – nienajlepsza odsłona Hitchcocka, ale ostatecznie to i tak lepsze na tle innych pisarzy.
Marta Kraszewska

Czy chcesz dostawać info o nowych wpisach?