
REKLAMA
Chęć spełnienia ostatniej woli babci sprawia, że Ellen – prawniczka z Manhattanu – trafia do małego Beacon w stanie Maine. Tu, w miasteczku ma odnaleźć młodzieńczą miłość babci i przekazać jej list. Brzmi prosto? No cóż, jak można się domyślać, nie obędzie się bez trudności.
A to pokój niekoniecznie wpasowuje się w jej potrzeby, a to Cheta Cummingsa , dawną miłość babci, nie można odnaleźć, a to robiąc zdjęcia wpadnie do oceanu i musi ją ratować nieznajomy, a to w podzięce pocałuje owego nieznajomego, gdy tymczasem na jej palcu pierścionek zaręczynowy. I niby dałoby się pominąć milczeniem ostatni incydent, tyle że ani mężczyzna ani gazeta, w której ni stąd ni zowąd pojawia się ich zdjęcie, ani też ona sama nie daje o tym zapomnieć. Na dodatek przez przypadek odkrywa, że wie o babci mniej niż się spodziewała i tym samym jednodniowy wypad do Beacon mimowolnie się wydłuża.
„Apetyt na życie” to uroczy debiut Mary Simses w sam raz na lato. To powieść z gatunku tych, które uważają, że jedynie mała miejscowość może przynieść spokój i szczęście, będąc odtrutką na wielkomiejski gwar, przepych, stres i parcie, by ukazać się na pierwszych stronach gazet. Taką odtrutką dla Ellen ma być Beacon – co z tego, że przyjeżdżając jeszcze o tym nie wie. Wszak taki los mają bohaterowie powieści tego typu – przybywają pełne chęci wydostania się jak najszybciej z małej mieściny, po czym odkrywają na nowo sens życia, doceniając powolne poranki, inne jedzenie czy to, że wszyscy się znają – można chociażby za przykład wziąć „Hotel Złamanych Serc”, lecz tam Moggach postanowiła uszczęśliwić tym nagłym odkryciem wszystkich pojawiających się w hotelu.
Jeszcze jedno czyni tę powieść uroczą - Ellen mentalnością plasuje się między bohaterki powieści Colleen Hoover i Meg Cabot – innymi słowy słodka naiwność, całkowicie pozytywny stosunek do świata i ludzi [i to stosunek wzajemny – ludzie przebywający wokół Ellen też żyją w różowej mgiełce], przy jednoczesnym wyolbrzymianiu zdarzeń wszelakich. Tak więc – jeśli przypadkowy pocałunek, to od niego zależy wszelkie „być czy nie być” ślubu [oczywiście wielka tajemnica, bo co powie Hayden – narzeczony – jeśli się dowie, że przez przypadek pocałowało się nieznajomego? ] – to tego typu problemy, urastające do rangi najważniejszych dylematów do rozwiązania.
Nie jest to powieść, która zachwyci każdego – to oczywiste. Nie jest to także Wielka Literatura i prawdopodobnie fabuła „Apetytu na życie” umknie mi z głowy po tygodniu. Ale stosunkowo miło się to czyta, mimo drobnych kiksów w tłumaczeniu – serio, od kiedy „wow” tłumaczy się jako „uau”? Tego się nie da rozczytać [dopiero za drugim razem załapałam, co Hanna Pasierska – tłumaczka - miała na myśli]. Niejednych zirytuje debiut Mary Simses, ale na lato, dla odprężenia [i szybkiego później o niej zapomnienia] czemu nie?
Marta Kraszewska
