
REKLAMA
Co powinien robić sumienny proboszcz we własnej parafii? Ano pomagać swoim wiernym. Tylko co począć, gdy ci wydają się bez reszty pochłonięci zbrodniami i na dodatek wciągają do nich Bogu ducha winnego duchownego?
Sidney Chambers, jak przystało na kumpla po fachu księdza Browna, zakasuje rękawy sutanny i chcąc nie chcąc, rusza rozwiązywać zagadki kryminalne, choć szczerze powiedziawszy wolałby ten czas spożytkować na bardziej religijne zajęcia. Także jego przyjaciel inspektor Keating nie uważa, by zadaniem proboszcza było wtrącanie się do śledztw i komplikowanie prostych rozwiązań [wszak ten mężczyzna popełnił samobójstwo, rzecz przykra, to jasne, ale po co grzebać i mieszać, skoro sprawa została oznaczona jako zakończona?]. No ale siła wyższa co i rusz sprawia, że Sidney co chwila zmuszany jest do pomocy swoim parafianom, więc chyba nie ma sensu się temu opierać?
„Sidney Chambers. Cień śmierci” otwiera sześciotomową serię „Zagadki Grantchester”. Znana polskim widzom za sprawą świetnej serialowej ekranizacji „Grantchester” z Jamesem Nortonem w roli głównej to seria opowiadań detektywistycznych rozgrywających się w latach pięćdziesiątych w małym brytyjskim miasteczku pod Cambridge. Nie są to może wyżyny powieści detektywistycznej, ale trzymają poziom większości opowiadań Agathy Christie. Co ważniejsze – żadne z sześciu opowiadań zamieszczonych w „Cieniu śmierci” nie odstaje i nawet te dotyczące kradzieży czy zaginięcia obrazu, a zatem tych zazwyczaj najnudniejszych w gatunku, bowiem zajmujących się mało ekscytującymi, bardziej przyziemnymi zagadkami, a zatem, nawet te nie usypiają czytelnika [choć prawdopodobnie dzieje się tak za sprawą licznych dialogów czy tła społecznego, które James Runcie chętnie ukazuje czytelnikom].
Klimat „Cienia śmierci” robią także liczne nawiązania do kultury – czy to tej bardziej współczesnej [bohaterom książki oczywiście], jak wspominanie kolejnych tytułów powieści Agathy Christie czy też komentowanie modnych wówczas kawałków muzycznych [świetną sceną jest chociażby próba przekonania Amandy przez Sidneya do jazzu bądź jej narzekania na czterominutową ciszę podczas słuchania „4:33 minut”] czy też do dzieł klasycznych – odwoływanie się do brytyjskich poetów - a całe opowiadanie „Ludzie honoru” odwołujące się licznie do dramatu Shakespeare’a – „Juliusz Cezar” jest tego najlepszym przykładem .
