Frode Granhus "Wir"
Frode Granhus "Wir" Wyd. Świat Książki

REKLAMA
Mężczyzna przykuty do kamienia w lodowatej wodzie. Człowiek przypalany żywcem. Porcelanowe lalki płynące na tratwie. To tylko niektóre z dziwnych rzeczy dziejących się w krótkim czasie w Norwegii. Wszystko ma miejsce w dwóch potencjalnie niezwiązanych ze sobą miejscach – małej Landegode i Bodø.
Jak można się łatwo domyślić, w każdej z tych miejscowości zaczynają być prowadzone śledztwa. Obaj śledczy to typowi skandynawscy detektywi – mający tabun osobistych problemów na głowie, nie radzący sobie z życiem prywatnym. Oczywiście, jak można było przypuszczać, nieprzeciętna inteligencja wynagradzać im będzie trudy codzienności. A w zasadzie to jednemu z nich [ale co się dziwić, ten drugi w policji to tylko na zastępstwo], który szybko zaczyna łączyć kolejne wydarzenia ze sobą.
A jest co łączyć. Oto jedno dziwne wydarzenie goni wydarzenie będące jeszcze dziwniejsze. „Wir” uparł się, by zaskakiwać czytelnika na każdym kroku, przez co Granhus napchał w powieści tyle możliwych zagadek, ile tylko zdołał wymyślić. Co dziwne, wszystko łączy się ostatecznie w jedno i nawet cała intryga ma jakiś sens, jeśli by się nad tym dłużej zastanowić. Jest tylko jedno „ale”…
A w zasadzie zastrzeżeń jest więcej. Przede wszystkim jednak trzeba oddać autorowi, że stara się jak może. Nawymyślał zagadek, splótł to w jedną intrygę. Tyle, że już ze spisaniem poszło gorzej. Granhusowi zabrakło ze sto stron, by móc wszystko ładnie opisać tak, by można było ze swobodą podążać za akcją i mieć poczucie, że wiesz, co się właściwie dzieje.
Bo tak na niewielu ponad 300 stronach trudno cokolwiek zmieścić. A w sumie, to może by się i dało, gdyby nie to, że to kryminał skandynawski, a nie taki zwykły, a zatem trzeba znaleźć miejsce także i dla wątków obyczajowych i sportretowania problemów trapiących społeczeństwo. Tak więc Granhus a to gna z akcją, a to nagle całkowicie zwalnia, by jeden z bohaterów mógł porozmawiać z synem o jego kłopotach w szkole. Nierówność akcji można byłoby ostatecznie jeszcze wybaczyć, gdyby nie to, że i z resztą jest problem.
Konia z rzędem temu, kto nie miał problemów z połapaniem się w akcji. Frode Granhus uparł się na jednoczesne prowadzenie kilku narracji. Zabieg jak zawsze ciekawy i z chęcią wykorzystywany w kryminałach – niejednokrotnie potrafi mocniej przykuć uwagę czytelnika, no bo jak można odłożyć książkę, skoro ten tajemniczy zły ewidentnie coś knuje? – tyle, że aby uzyskać dobry efekt, trzeba to zrobić w miarę umiejętnie [a naprawdę wiele do tego nie potrzeba]. Natłok bohaterów i wątków, tak jak to ma czytelnik do czynienia w „Wirze” nie sprzyja narracji wymyślonej przez narratora. Trudno nadążać za akcją, skoro połowa narracji bierze się niewiadomo skąd i prawie nie można się domyślić, do jakiego śledztwa jest przypisana. Tak więc zamiast efektu „wow!”, czytelnik główkuje, co do choinki się teraz w książce dzieje i czy to chodzi o coś z przeszłości, teraźniejszości, a jeśli tak, to o które wydarzenie… innymi słowy – narastająca frustracja.
Natłok wątków, na które uparł się Granhus sprawia także, że część z nich zostaje niedopowiedzianych, co samo w sobie byłoby dobre, bo przynajmniej wiadomo, że autor nie ma czytelników za idiotów, którym wszystko trzeba podać na tacy wypisanymi dużymi literami, gdyby nie to, że Granhus uparł się, by nie dopowiadać praktycznie każdej rzeczy [oprócz tych bardzo oczywistych, które powtarza po kilkakroć, jak gdyby czytelnik zdołał w ciągu kilku stron zapomnieć, co też bohater zamierza uczynić albo co też myśli]. Do tego część wątków porzuconych po drodze – i to tych ciekawszych – i robi się jeden wielki bajzel.
Granhus starał się zaskoczyć czytelników – i rzeczywiście, zaskakuje – ale co z tego, jeśli poległ na części technicznej i połowa odpadnie z frustracji, zanim dane im będzie poznać calutką, nieco zbyt misterną intrygę?
Marta Kraszewska

Czy chcesz dostawać info o nowych wpisach?