
Poznajcie Marcusa Messnera, który właśnie ruszył z małego Newark na podbój Ameryki. Wyalienowany młodzieniec, typowy samotnik interesuje się jedynie zdobyciem wiedzy do dnia, kiedy na jego drodze staje urocza dziewczyna.
REKLAMA
Roth w całej swojej krasie. To zdanie przychodzi do głowy w czasie lektury Wzburzenia. Amerykanin żydowskiego pochodzenia opuszcza dom rodzinny. Jest z pokolenia tych, których dziadkowie i rodzice tworzyli podstawy emancypacyjne, pracując jako agenci ubezpieczeniowi czy handlarze. Dzięki zdobytym w pocie czoła pieniądzom chcą zapewnić dzieciom lepsze życie, wykształcenie i pozycję społeczną. Wysyłają swoich synów do szkół, ciesząc się z każdego ich sukcesu i wiedząc, że to również ich własny sukces. Ich synowie będą aspirować do elit kultury i biznesu, a ich wnukowie, z nabytą już pewnością siebie, osiągnął pełny sukces.
To wszystko jednak jest daleką przyszłością, na razie Marcus instaluje się na uczelni, odmawia wstąpienia do bractw studenckich i się uczy. Niestety na jego drodze staje kobieta, jak się można domyśleć, dochodzi do romansu, który, jak zwykle u Rotha, musi się skończyć nieszczęściem, Marcus zaś drogo zapłaci za błąd młodości. W tle bowiem toczy się wojna w Korei.
Wiem, Philip Roth został przez wielu zaszufladkowany. Wiem, wielu odczytywało „Kompleks Portnoya jako powieść soft pornograficzną. Sukces tej powieści i jej sława zaważyły na postrzeganiu i jest głównym powodem, dla którego ten znakomity pisarz nigdy nie dostanie literackiego Nobla. Szkoda, bo jego książki dotyczące emancypacji Żydów amerykańskich zasługują na każdą, nawet najwyższą nagrodę. Roth trafnie diagnozuje ludzkie słabości i opisuje charaktery, a nieszczęśliwe zakończenia tworzą atmosferę realizmu i zmuszają do refleksji nad sensem życia.
Ale co ja się będę wymądrzać. Ta proza broni się sama.
