Jacek Komuda "Hubal"
Jacek Komuda "Hubal" Audioteka

REKLAMA
"Nie było rozkazu kapitulacji. Przeszliście przez piekło. Za nami groby kolegów. Czy po to ginęli, abyśmy teraz mieli złożyć broń? Ja w żadnym razie broni nie złożę, munduru nie zdejmę... tak mi dopomóż Bóg."
„Hubal” to kolejna pozycja w repertuarze Audioteki. Znana ze świetnych produkcji, szczególnie klasyki, może pochwalić się genialnym „Ojcem Chrzestnym” czy „Lśnieniem”. Tym razem wydawnictwo zajęło się stosunkową świeżynką – powieść Komedy ukazała się drukiem w kwietniu, a już w lipcu można było sięgnąć po wersję audio.
Technicznie jest bez zarzutu. Szybkość przełożenia słowa pisanego na słowo mówione na szczęście nie sprawiło, że audiobook zrealizowany jest po łebkach, byle tylko w końcu to skończyć [choć biorąc pod uwagę jakość historii nie zdziwiłabym się, gdyby tak było]. Leszek Filipowicz radzi sobie świetnie. Doskonale imituje głosy, tak by można było poczuć, że ma się do czynienia z rozmową bohaterów, udaje mu się także wygrać w pojedynku na akcenty, wymawiając naturalnie kolejne dziwne regionalizmy, gwary i naleciałości z innych języków.
Dobrym pomysłem było podzielenie rozdziałów na drobniejsze fragmenty. Jako, że Komuda najwyraźniej uparł się, że jego rozdziały będą mieć długość epopei, Audioteka rozłożyła każdy z nich na mniej więcej pięć krótszych rozdzialików [które tak czy siak mają po dwadzieścia kilka minut. Dzięki temu łatwiej słuchać „Hubala” – niewyobrażalne byłoby słuchanie jednym ciągiem ponad dwugodzinnych rozdziałów, a tak po zastosowaniu podziału i milej się sięga i przyjemniej przebrnąć przez ten szczyt grafomaństwa.
Sam pomysł jest ciekawy i godny podziwu. Ukazać Henryka Dobrzańskiego w pełnej krasie wraz z wszystkimi jego wadami i zaletami, po prostu jako człowieka w trudnych czasach. Tyle, że choć nieźle zaplanowany i opisany, ginie wśród nieudolnego stylu pisania pana Komudy [i tu żaden lektor by nie pomógł, nawet gdyby Audioteka zatrudniła Gosztyłę].
Bo choć fabuła jest nieźle rozplanowana i po dłuższym zastanowieniu można wyodrębnić kolejne nagłe zwroty akcji, to całość jest zaburzona przez opisy. Opisy koni, których jako miłośnik owych zwierząt Komuda nie mógł sobie odmówić, a które ciągną się i ciągną w książce wyskakując znienacka, gdy tylko jakieś bardzo ważne wydarzenie się zakończy. Opisy sytuacyjne wzbogacone tak różnorodnymi epitetami, że głowa mała – w ogóle Komuda ma skłonność do plastycznego obrazowania świata, co samo w sobie jest dobre, ale bez przesady. Ta cała otoczka literacka burzy akcję książki, tak że nieraz opada napięcie i w sumie już nikt nie wie na co bohaterowie czekają i dlaczego powinno zależeć odbiorcom na ich losie.
Prócz tego książka ugina się pod ilością patosu. Owszem wyłaniają się minusy Dobrzańskiego, ba!, całej grupy i okolicznych Polaków, których spotykają po drodze, ale cały efekt został pogrzebany przez wyłaniający się zewsząd podniosły styl pisania, traktowanie przywódcy jak jakieś bóstwo [tak, pojawiają się momenty, które temu zaprzeczają, jak choćby odejście z oddziału zagrażającego pozycją Dobrzańskiemu jego kolegi, ale nie zmienia to ogólnego wrażenia].

Czy chcesz dostawać info o nowych wpisach?