Siri Pettersen "Zgnilizna"
Siri Pettersen "Zgnilizna" Wyd. Rebis

REKLAMA
Hirka ma plan. Zapomnieć o Ym, nauczyć się żyć w tym umierającym świecie wśród swoich, cieszyć się, że swym odejściem uratowała ojczyznę Rimego. Tyle, że jej „nie do końca szczęśliwe zakończenie, ale może być, bo ukochany uratowany” szybko się sypie, gdy kruk-towarzysz przeobraża się w umarłego i wyjawia Hirce, ż prawdziwe problemy to się dopiero przez nią zaczęły.
„Zgnilizna” to drugi tom trylogii „Krucze pierścienie” Siri Pettersen. Autorka pierwszym tomem debiutowała [i był to debiut na tyle dobry, że dał nadzieje, że i reszta historii zostanie dobrze napisana] i może trochę uda jej się zmienić oblicze fantastyki. Bowiem jako że sięga po mitologię skandynawską [wybór nieoczywisty, a jednak łatwiejszy do zrozumienia, gdy zauważy się, że Pettersen pochodzi z Norwegii] odświeża tematykę podejmowaną przez szeroko pojętą fantastykę, gdzie nurtem dominującym – gdy już opiera się fabułę na istniejących już wierzeniach – od dawna były legendy arturiańskie i wszystko z nimi związane. Miło byłoby dla odmiany móc wybierać spośród opowieści opartych na różnych religiach, a nie tylko pomiędzy czterema interpretacjami legendy o królu Arturze.
„Zniszczenie jest bolesne. Ale nie może się nawet równać z bólem gojenia. Zawsze łatwiej jest coś zniszczyć, niż to naprawić.”
Akcja drugiej części rozgrywa się równolegle w dwóch światach – a to losy Hirki i jej próby zrozumienia otaczającego ją świata [na szczęście Pettersen darowała sobie opisywanie jak to główna bohaterka się tam aklimatyzowała, bo tego schematu nie da się już ukazać tak, by czytelnik nie miał wrażenia, że „to” gdzieś już było], a później także tego, co właściwie się wokół niej dzieje i dlaczego wszystko idzie w złym i jeszcze gorszym kierunku; z drugiej strony zaś Pettersen kontynuuje losy Rimego, który pozostał w Ym i próbuje [w sumie większość działań bohaterów można podsumować mianem próby, bo w zasadzie nikt z nich nie ma określonego planu] utrzymać władzę, wprowadzić zmiany i przeboleć stratę Hirki.
Te wszystkie dylematy moralne, niewiedza jak w zasadzie postąpić i de facto błądzenie po omacku w poszukiwaniu cudownego środka, który naprawi świat, to wszystko sprawia, że „Zgnilizna” jest znacznie lepsza niż pierwszy tom - „Dziecko Odyna”. Dodatkowo Pettersen postawiła na szare barwy – żaden z bohaterów nie jest tym, kim się wydaje, cele są albo okrutne albo szlachetne w zależności od tego, kogo oczyma czytelnik będzie obserwować akcję. Miło, bo dzięki temu autorka do końca potrafi zaskoczyć – choćby poczynaniami Hirki, które niby wydają się oczywiste – wszak prowadzona jest narracja trzecioosobowa z jej punktu widzenia – i zakończenie nie jest całkowicie takie, jak można by przypuszczać.
W tym wszystkim widać, że Pettersen od początku rozplanowała swoją historię na trzy tomy – a przynajmniej dwa tworzą spójną całość. To dobrze, bo można się spodziewać, że finał opowieści – „Evna” zaskoczy wszystkich, jeszcze bardziej podkręci akcję i pozwoli na pełną ekspozycję Hirki, która może będzie miała szansę w końcu rozwinąć skrzydła. A w najgorszym przypadku trzeci tom odpowie tylko na liczne pytania nasuwające się po lekturze „Zgnilizny”. No ale nic nie wskazuje na to, by zakończenie miało kogokolwiek rozczarować.
Marta Kraszewska

Czy chcesz dostawać info o nowych wpisach?