Charlie Donlea "Dziewczyna z Summit Lake"
Charlie Donlea "Dziewczyna z Summit Lake" Wyd. Filia

REKLAMA
„Nikt nie wie, o co chodzi, ludzie się irytują. I boją. Oczekujemy po prostu jakichś odpowiedzi, a to, w jaki sposób policja milczy na temat szczegółów tej sprawy, wygląda dziwnie. Ale tak to chyba jest w małych miasteczkach. Dzieje się dużo podejrzanych rzeczy.”
Do małego Summit Lake przybywa na rekonwalescencję dziennikarka Kelsey Castle. Ale że nazwisko zobowiązuje [nie na darmo bowiem nawiązuje do słynnego serialowego detektywa-pisarza], szybko natrafia na morderstwo, jakie się tam rozegrało dwa tygodnie wcześniej. Oto zginęła Becca Eckersley, studentka prawa, jedna z takich, co mają wpływowych rodziców, ambicję, a ich życie usłane jest różami. Brak jakichkolwiek świadków, podejrzanych, motywów. Tylko dziewczyna – jednego wieczoru żywa, drugiego już martwa.
No i masa zagadek. Policja nabrała wody w usta, jakby ich najważniejszym zadaniem było odpowiadać „bez komentarza”. Na szczęście dziennikarka – która ma urlop, ale jak się już chwyci tematu, to nie puści – bierze się do roboty, słusznie uważając, że jak nie ona, to kto się podejmie odkrycia prawdy [no bo chyba nie policjanci]. Trzeba przyznać, że faktycznie, Kelsey to najlepsza rzecz jaka przytrafiła się służbom mundurowym w tym małym miasteczku, bo gdyby nie ona, to śledztwo pewnie i za pięć lat nie wyszło by poza ustalone już podstawowe fakty.
Zresztą śledztwo jest na tyle supertajne, że większości faktów nie zna nawet miejscowa policja odsunięta przez ważniaków z federalnego. Frustracja miejscowych jest zrozumiała i nie dziwi, że jeden z nich postanawia pomóc dziennikarce.
„Pamiętaj tylko, że Summit Lake to nie Miami. Tutaj ludzie zachowują się inaczej, zwłaszcza miejscowi. Dbają o swoją prywatność, więc uważaj, jak ich traktujesz.”
Charlie Donlea wodzi czytelników do samego końca za nos. Co prawda działa ździebko nie fair, bo nie ujawnia większości podstawowych informacji, a kluczowe fakty podaje dopiero w środku czy też nawet bliżej końca historii. Z drugiej strony, można się uprzeć, że chodzi o ukazanie akcji z perspektywy dziennikarki i razem z nią czytelnik odkrywa karty.
Dlatego wszystko odbywa się po omacku. Na ślepo Kelsey szuka prawdy, obija się od utajnionych dokumentów i nierozgarniętych funkcjonariuszy, którzy gdyby porządnie wykonywali swoją robotę, już dawno znaleźliby mordercę. Do tego próbuje uporać się z własną przeszłością, a kolejne fakty o Eckersley sprawiają, że coraz bardziej zaczyna jej na tej dziewczynie zależeć [tak w sumie jest też z czytelnikiem, który nie wiadomo jak i kiedy, nagle zaczyna mocno kibicować Becce, by udało jej się przeżyć].
Bowiem powieść toczy się dwutorowo i obok śledztwa Kelsey, czytelnik śledzi także losy młodej Eckersley przez całe kilkanaście miesięcy przed jej śmiercią. I to jest wątek dużo bardziej satysfakcjonujący, bowiem tu przynajmniej ma się do czynienia z może i tylko trochę nierozgarniętymi, ale za to profesjonalnymi ludźmi, którzy podejmują jakieś działania [choć często okazują się one mocno chybione]. No i tam ma się wrażenie, że przebywa się z ludźmi, a nie policjantami stylizowanymi na „tych głupich złych” przez co stają się karykaturalni.
Zakończenie trochę rozczarowuje, wytypowany morderca i motyw nie okazał się na tyle fascynujący, choć oczywiście w którymś momencie suspens był – co prawda, jako osoba, która ostatnimi czasy zaczytuje się kryminałami mogę mieć nieco skrzywione spojrzenie i pewnie ktoś, kto rzadko po ten gatunek sięga, będzie zachwycony. W każdym razie – Donlea stworzył wciągający, choć niecałkowicie wolny od irytacji, thriller, który czyta się z przyjemnością.
Marta Kraszewska

Czy chcesz dostawać info o nowych wpisach?