
REKLAMA
Czasem zdarza się tak, że książka, która przez ogół uważana jest za słabą, ni stąd ni zowąd przypada nam do gustu. I choć jest to trudniejsze od sytuacji odwrotnej, to jednak trochę głupio jest, gdy w zachwalanej pozycji, nie można doszukać się ani jednej z wymienianych zalet. Tak też mam z Ahnhem autorem przyjętej ciepło serii z Fabianem Riskiem.
Bo oto po prequelu „Ofiary bez twarzy”, prequelu do kryminału zachwalanego przez wszystkie osoby, z którymi opiniami się liczę, spodziewałam się czegoś więcej – zwłaszcza, gdy jeszcze kilka dni temu czytałam, że „Dziewiąty grób” może nie jest tak dobry, jak debiut Ahnhema, ale generalnie jest dobrze. Także przyszło mi się zmierzyć z ogromnym zawodem. Który pogłębiał się ze strony na stronę.
Fabuła zapowiadała się nieźle. Oto szwedzki minister sprawiedliwości wychodzi chyłkiem z domu poselskiego i chwilę potem znika bez śladu. Śledztwo zostaje powierzone Fabianowi Riskowi. W tym samym czasie ginie żona znanego celebryty [i znika także z książki, bo oprócz czterech początkowych rozdziałów i w zmianki na tylnej stronie okładki nigdzie później nie zostaje wspomniana]. Sprawę morderstwa otrzymuje niejaka Dunja, która wkrótce ku zdumieniu wszystkich – a przede wszystkim czytelnika, bo powiązania nie ma żadnego – odkrywa spisek obejmujący osoby z wpływami w kręgach władzy. Spisek ten prowadzi do Szwecji i Fabiana Riska.
Ze strony na stronę jest coraz dziwniej i coraz mniej realistycznie. Mimo że Anhnem się stara i dobija czytelników długimi mało interesującymi opisami – serio, z faktu, że Fabian ma problemy z synem [i w sumie z całą rodziną] nic nie wynika, tymczasem autor zaserwował kilkanaście rozdziałów tylko temu poświęconych. Bohaterowie na zmianę to kręcą się w kółko – w końcu trzeba jakoś nabić te kilkaset stron – to wymyślają teorie z nieba, by ruszyć akcję z miejsca [jestem zdania, że mają wizje], a to w końcu prowadzą śledztwo jak normalni policjanci, a nie jak wróżbici przez jedną trzecią książki.
To sprawia, że „Dziewiąty grób” jest strasznie nierówny. Opisy zakupów czy miłosnych perypetii bohaterów sąsiadują ze scenami pościgów i brutalnych zbrodni. Do tego raz na jakiś czas, niczym w jakiejś katarynce powraca rozdział poświęcony rozmyślaniom porwanej kobiety z kliniki z tymi samymi przemyśleniami [„gdzie ja jestem, mąż już na pewno mnie szuka, policja jest już na tropie”]. Także całość na przemian jest nudna i zbyt chaotyczna, by mogła być ciekawa – zwłaszcza, że policja to chyba sobie prowadzi te śledztwa w głowie, bo o części tropów nie informuje czytelników. Akcja zrozumiała dla czytelnika zaczyna się dopiero koło strony czterysta, ale i tak bohaterowie zachowują się całkowicie nieczytelnie dla wszystkich wokół.
Oto jedna z takich sytuacji – bohaterka zaatakowana przez prawdopodobnego sprawcę wraca sobie ze spokojem do domu, by tam zobaczyć ślad. I co robi nasza policjantka? Dzwoni do kolegów z pracy, by ich zawiadomić? Uzbraja się i sprawdza, czy włamywacz nadal nie krąży po budynku? Gdzie tam, lepiej wziąć gorącą kąpiel.
Zresztą stanu książki nie ratują bohaterowie. Mają problemy rodzinne, no dobra, mają problemy rodzinne, które kompletnie nie interesują czytelnika. Ale sami sobie przeczą - Fabian niby to zamierza ratować swoją rodzinę zanim ta się całkowicie rozpadnie, jednak nie robi nic, by to naprawić. Do tego wydają się być niekompetentni – nawet ja połączyłabym kilka tropów szybciej niż ci policjanci, podobno z dwudziestoletnim doświadczeniem [w przypadku Fabiana powątpiewam w to mocno].
Całość jest nudna. To przykre, bo wokół wszyscy wspominali mi o „Dziewiątym grobie” jako o wspaniałej pozycji wśród kryminałów skandynawskich. Tymczasem tu nic nie przekonuje –ani bohaterowie, ani chaotyczna konstrukcja książki, ani też zakończenie, po którym spodziewałam się czegoś więcej. Szkoda, bo przez to wszystko jestem podwójnie rozczarowana – jakbym czytała zupełnie inną książkę niż reszta.
Marta Kraszewska
Marta Kraszewska
