
Gdzieś daleko, a może i całkiem blisko, leży Floryńska Monarchia, kraina bez żyjącego władcy, jedyna prawowita spadkobierczyni imperium Białych Chorwatów. To kraina wszelakiej szczęśliwości, bowiem nic w niej się nie liczy. Tu rządzi realizm magiczny, od którego nie masz ucieczki, a przechowywana w domu wodą święcona zamienia się mocną śliwowicę.
REKLAMA
Floryńska Monarchia jest swoistym stanem ducha, w którym albo tkwimy do końca swoich dni, albo też zwodzeni pokusami wielkiego świata opuszczamy, nie zdając sobie sprawy, iż tęsknić będziemy do końca dni naszych. Fedo porzucił tę krainę, by zdobyć wykształcenie i poznać świat. Nie będąc zwierzęciem stadnym raczej unika ludzi, wymykając się z tłumu przy pierwszej z brzegu okazji. Nic dziwnego, że najbliższymi jego towarzyszami jest znawca natury ludzkiej, Vojto Liska, dzięki któremu setki studentów znalazło partnerki do realizacji swych fantazji seksualnych i drugi uciekinier z Monarchii, obieżyświat Vakso. Vakso, nęcony przez wielki świat, przemierza z plecakiem obie półkule w poszukiwaniu…. Właśnie, czego może poszukiwać człowiek na drugiej półkuli?
Współczesny świat dawno pozbawił nas złudzeń. Kiedyś wierzyliśmy, że należy zapewnić sobie materialne minimum, by wzbogacać życie duchowe. Dziś widzimy, że to ułuda. Współczesny świat pełen jest bylejakości. Chleb, samochody czy choćby sprzęt AGD psuje się tak samo szybko, jak zepsuć się może miłość. Za czym więc gonimy tracąc najpiękniejsze chwile naszej codzienności? Cóż może być więcej warte niż wschód słońca, nawet oglądany samotnie? Pęd po świecie nie ma kresu i czasami każdego z nas nachodzi pragnienie, by rzucić to wszystko i zaszyć się gdzieś w Bieszczadach. Pragnienie to jednak spotkać się musi z refleksją, że ci z Bieszczad nie mają takiego miejsca, gdzie można się zaszyć.
Zawsze mam kłopot z napisaniem kilku słów o prozie Marosa Krajnaka. Lektura jego książek pozostawia we mnie mętlik, jaki można odczuć popijając szklanką spirytusu grzyb halucynogenny. Krajnak wprowadza bowiem czytelnika w magię świata wyimaginowanego, świata, do którego z nas zmierza, niczym Wieniczka Jerofiejew do wyidealizowanych Pietuszek. Nie każdy z nas oczywiście godzien jest wejść do świata tego. Każdy z nas ma różna tolerancję zarówno na ten surrealizm, jak i na alkohol. Do Krajnaka trzeba mieć mocną głowę, podobnie jak do bimbru z Puszczy Białowieskiej, a ten, kto zdzierży pierwszy haust jego prozy, ma zagwarantowane pełne nią upojenie. I tak samo, jak w czasie polibacyjnych zwidów alkoholowych, nasze zwidy i refleksje porajnakowskie będą zupełnie różne. Nie, nie pytajcie mnie o czym właściwie pisze Maros Krajnak, bowiem po lekturze obśmiejecie mnie, co pewnie zbyt miłym dla mnie nie będzie.
Po prostu czytajcie.
