
REKLAMA
W swoim krótkim dotychczas życiu przeczytałam już jedną genialną książkę o lekarzach, no ale powiedzmy sobie szczerze, mało co może się równać z „Doktorami” Segala. Jednakże „Mów do mnie” Lisy Scottoline jest następną dobrą pozycją o pracownikach medycyny z gatunku powieści psychologicznych, z którą warto się zapoznać.
Oto Eric Parrish, człowiek sukcesu. Ordynator oddziału psychiatrii szpitala Havemayer, ojciec siedmioletniej Hannah, ceniony specjalista, człowiek o złotym sercu i oddany przyjaciel. Ale to pozory. Eric rozwodzi się, tocząc zażartą walkę o opiekę nad córką z wkrótce byłą żoną. Reszta zaś jego świata rozpada się niczym domek z kart za sprawą jednego niepozornego pacjenta.
Siedemnastoletni Max ma problemy psychiczne związane ze zbliżającą się śmiercią ukochanej babci, z którą jest najsilniej zżyty. W czasie pierwszej sesji przyznaje się do pełnych przemocy fantazji na temat pewnej dziewczyny. A potem babcia umiera, a będąca obiektem obsesji nastolatka zostaje znaleziona martwa. Czyżby Max ją zabił? A jeśli tak, to dlaczego to Eric staje się głównym podejrzanym?
„Mów do mnie” to ciekawie skonstruowana powieść Lisy Scottoline. Wydaje się jednak, że autorka ma problem z decyzją, jaką gatunkowo książkę pisze. Początek przypomina powieść obyczajową, której głównym wątkiem będzie walka o opiekę nad dzieckiem. Potem ni stąd ni zowąd pojawiają się wątki kryminalne za sprawą śledztwa prowadzonego przez Erica, gdzieś po drodze ma się do czynienia z thrillerem i z romansem, by zakończyć całość znowu powieścią obyczajową. Nie trzyma się to za bardzo kupy, choć o dziwo pod względem fabularnym i literackim da się to czytać bez problemu.
Możliwe, że to za sprawą lekkiego pióra Scottoline, które powoduje, że „Mów do mnie” czyta się bardzo szybko, jakby nie mogąc się oderwać od lektury. Może to za sprawą skumulowanych emocji, nie przesadzonych, a uwiarygodniających postępowanie kolejnych bohaterów. Może, w końcu, to przez skondensowaną akcję – stosunkowo duży natłok wydarzeń i stosunkowo krótki czas trwania przedstawionych wydarzeń [to w zasadzie trzy dni właściwej akcji, o ile dobrze policzyłam] powoduje, że z jednego zdarzenia czytelnik przeskakuje do drugiego, fabuła z rzadka zwalnia, by przybliżyć odbiorcom książki jakieś sceny z życia prywatnego.
Na pewno książce pomogła w dużej mierze fabuła, którą Scottoline dobrze ustawiła. Zgrabnie połączyła wiedzę lekarską – zaczerpniętą od specjalistą, bowiem sama jest z wykształcenia prawnikiem – z wymyśloną przez siebie opowieścią. Porusza problemy natury psychicznej, skupiając się jednak na dylemacie Tarasoffa, zastanawiając się, ile może wyjawić psychiatra, gdzie kończy i gdzie zaczyna się jego odpowiedzialność za pacjenta. Ładnie to wychodzi w praniu, bo Scottoline ucieka od moralizatorstwa, nie stawiając żadnej kwestii ostatecznie rozwiązanej, jedynie wspominając o psychologicznej naturze danych czynów.
Scottoline udaje się jeszcze jedna rzecz. Swoją historię snuje z punktu widzenia Erica, ta zaś przeplata się co jakiś czas z rozmyślaniami Tego Złego. Choć z podobnym zabiegami czytelnik zaznajomiony bliżej z kryminałami ma do czynienia w co drugiej książce i wydaje się, że trudno tu o coś nowego, zwłaszcza, że trudno tak przedstawić portret mordercy, by potem nie było zawodu – bo serio, czy to musiała być akurat ta osoba? – i jednocześnie nie wygadać za dużo, by czytelnik nie rozgryzł – to autorce się to udało. Tak pokombinowała, że nie da się domyślić, kto zabił – myślisz, że to ta osoba? Błąd. A.. myślisz o tej drugiej osobie? Też błąd – i w przeciwieństwie do takiej „Dziewczyny z pociągu” [która miała ambicje zostać drugą „Zaginioną dziewczyną”, gdy tymczasem chęci Scottoline ograniczają się do napisania dobrego wątku kryminalnego] – rozwiązanie ma sens [choć przydałoby się z dziesięć stron więcej, by trochę dopełnić obrazu psychologicznego].
