
Banalność zła. Tak Hannah Arendt skomentowała Eichmanna. Czy jednak to określenie pasuje do osoby Globocnicka? Czy zaangażowany w masowe zabijanie mógłby się, równie dobrze odnaleźć jako sprawny biznesmen?
REKLAMA
Uważał się za jednego z ważniejszych bojowników ruchu narodowo socjalistycznego, był zwolennikiem aneksji Austrii. Jego starania zostały docenione. Został mianowany gauleiterem Wiednia. Stanowisko to jednak przerosło jego kompetencje. Tak bowiem bywa, że zmiana oznacza zmianę na gorsze. Bałagan w finansach jaki po sobie pozostawił trapił jeszcze przez kilka lat jego następców. Każdego innego spotkałaby sroga kara i odejście w niesławie, jednakże on miał możnego protektora w osobie Himmlera. Druga szansa, jaką dostał zaprowadziła go do Waffen SS. Odznaczony w kampanii wrześniowej został wyznaczony przez swego protektora do specjalnego zadania. Jako dowódca SS i policji w dystrykcie lubelskim nadzorował budowę obozów zagłady w Bełżcu, Treblince i Sobiborze. Był również odpowiedzialny za wysiedlenia na Zamojszczyźnie i akcje przeciwko jugosłowiańskiej partyzantce. Ogółem Globocnick był odpowiedzialny za śmierć półtora miliona ludzi.
Przyzwyczailiśmy się do demonizowania zbrodniarzy. To takie proste, wyobrazić sobie zło absolutne i przypisać do jednej, konkretnej osoby. Wszak my sami mamy jakieś dobre cechy charakteru, robimy często coś dobrego, jesteśmy więc kimś lepszym niż taki, czy inny morderca. Tym samym wpadając w pułapkę samozadowolenia, nie widzimy jak blisko jest od mowy nienawiści do zwykłej zbrodni. Jak szybko w imię walki o dobro własnego narodu popełnia się czyny niegodne człowieka. Nie chcemy tego widzieć, tak samo jak nie chcemy przyjąć do wiadomości, że nie ma czegoś takiego jak absolutne zło, czy absolutne dobro. W każdym z nas tkwi jednocześnie miłosierny samarytanin oraz krwawy zbrodniarz i tylko od nas samych zależy, co zrobimy z własnym życiem. Globus, jak pieszczotliwie nazywał Himmler naszego zbrodniarza, uważa, że Niemcy zasługują na coś więcej, że muszą wstać z kolan, zerwać z krępującym traktatem wersalskim, że Niemcy winny być dla samych Niemców, a każdy, kto uważa inaczej jest albo podczłowiekiem, albo bolszewickim czy masońskim wrogiem. Postanowił więc poświęcić swe życie dla spełnienia marzeń o wielkości w wielkoniemieckiej, tysiącletniej Rzeszy.
Czym jednak jest poświęcenie? Szwajcarzy stawiają pomniki ludziom, którzy budowali drogi, mosty i domy. Dla nich poświęcenie oznaczało budowę, są jednak narody, które chcą pamiętać o tych, co burzyli. Wielkość jako destrukcja, a miłość do ojczyzny związana z tragedią? W sumie nie można się dziwić takiemu podejściu. Zburzenie mostu trwa krócej niż jego postawienie, a polem bitwy łatwiej się szczycić niż zachowaną infrastrukturą. Czy może więc nas dziwić, że Globus wprowadził w życie to, co i dziś wielu nacjonalistów śpiewa w czasie swoich marszów? Globocnick też na początku tylko nawoływał, tylko maszerował i tylko prezentował kontrowersyjne poglądy. Jaką więc możemy mieć pewność, że dzisiejsi, maszerujący śpiewacy uliczni, nie zechcą przekuć w czyn treści swoich piosenek, czy niesionych transparentów? Wszak i oni, podobnie jak Globocnick, nie należą do ludzi sukcesu, nie można ich też nazwać intelektualistami. Czy będą umieli powstrzymać się przed zbrodnią, czy tragiczna historia ma znowu się powtórzyć?
Zastanówmy się nad tym, zanim będzie za późno.
