Robert Biedroń 
Pod prąd. Rozmawia Magdalena Łyczko
Robert Biedroń Pod prąd. Rozmawia Magdalena Łyczko Edipresse Książki

Przez jednych uznany za wcielenie zła, inni postrzegają go jako ikonę ruchu LGBT, jeszcze inni sądzą, że będzie przyszłym prezydentem RP. Robert Biedroń. Człowiek, który w polityce nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.

REKLAMA
Przyznam, że osobę Roberta Biedronia kojarzę od czasu, kiedy wszedł do parlamentu z listy partii Palikota. Zastanawiałem się wtedy, czy będzie on tzw. kwiatkiem do kożucha, czy jego głos będzie słyszany i co będzie mieć do powiedzenia. Drobne potknięcia młodego stażem parlamentarzysty budziły we mnie uśmiechy politowania, zresztą pod tym względem nie stosowałem w stosunku do żadnego z posłów taryfy ulgowej. W przypadku Roberta byłem mile zaskoczony. Nie tylko był pracowitym parlamentarzystą, ale również postępującym zgodnie z wyznawanymi poglądami, odznaczającym się taktem i empatią. To rzadkie w naszym życiu publicznym, więc prawdopodobnie zostało docenione nie tylko przeze mnie.
Problemem Roberta jest jego seksualność. Jeszcze długo będzie on postrzegany przez pryzmat seksualności i zmuszony do większego wysiłku, niż gdyby był heteroseksualny. Tak to u nas jest, że gej, czarny czy osoba bardzo niskiego wzrostu wzbudza nie tylko zainteresowanie czy politowanie, ale także niechęć i podejrzenia. Na szczęście się to zmienia, więc coraz już więcej ludzi widzi w Robercie pełnego empatii mężczyznę, który realizuje pragnienie zdemokratyzowania przestrzeni publicznej, prawdziwego podziału władzy, oddania jej zwykłemu, szaremu obywatelowi. To słupski suweren codziennie ma decydować o pracy swego prezydenta i ma prawo do codziennej kontroli jego pracy. Pracoholizm Roberta znalazł ujście w jednym z najbardziej zadłużonych miast, w mieście, które ma prawo rozwijać się tak samo, jak każde inne. Osobiście dostrzegam w nim sprawnego menedżera, który potrafi w sposób przyjazny zorganizować nie tylko własną, ale i cudzą pracę. W sumie, gdybyśmy tak Biedronia pięćdziesięciokrotnie sklonowali, to być może i inne nasze miasta na tym zyskały. I nie byłaby to w sumie zła myśl, gdyby nie zwalniała reszty społeczeństwa z brania odpowiedzialności za kraj, za lokalne społeczności, we własne ręce.
Dość już jednak tych laurek, bo nasz bohater poczuje się pewnie zażenowany. Teraz czas na postawienie jednego pytania. Po co została napisana ta książka? Wszak Robert doskonale odnajduje się na fotelu prezydenta Słupska. Czyżby instynktownie wiedział i przyznawał faktem jej wydania, iż nie powiedział jeszcze w polityce ostatniego słowa? Tak na dobrą sprawę nie miałbym nic przeciwko temu, gdyby sięgnął po znacznie bardziej eksponowane stanowiska w kraju. Z pewnością bowiem nie jest to człowiek ani uległy, ani tchórzliwy.

Czy chcesz dostawać info o nowych wpisach?