
REKLAMA
Po pięciu i pół roku małżeństwa Hanna zamierza oświadczyć mężowi, że odchodzi. Plany krzyżuje niespodziewany udar Toma w wyniku którego sparaliżowany trafia do szpitala. Nie chcąc zostawiać go samego, odkłada wszystkie plany na później i postanawia się nim zająć. Nawet jeśli miałoby to zająć długi czas.
„Wszystko, co mam” to kolejna pozycja z serii „Kobiety to czytają”. Po powieściach zajmujących się kwestią godzenia się ze śmiercią czy powolnym odchodzeniem spowodowanym nieuleczalną chorobą [„Dotrzymana obietnica” - Andreson], gwałtem i przemocą [„Ta, którą znam” – Warda ] czy też relacjami ojciec-córka [„Jedyna” – De Los Santos], czas na obraz rozpadu związku i próby jej naprawy. Motyw ciekawy i w rękach artysty mogący stać się oszlifowanym diamentem. Rzemieślniczka Marsh artystką nie jest, ale sprawnie wykorzystuje dostępne narzędzia.
A zatem czytelnik śledzi losy pary – Hanny i Toma. Oboje robiący karierę - ona jako nauczycielka pracująca w jednej z gorszych szkół, on – prawnik z City. Od początku zachodzi podział na dwa głosy – współczesność [przez większość książki] komentuje Hanna i tu ze stron wylewa się głównie żal i gorycz oraz na przeszłość i tu głos ma Tom wspominający z ciepłem wspólne budowanie związku. Teraźniejszość ze wspomnieniami przeplatają się i zahaczają o siebie, czytelnik ma emocjonalną jazdę bez trzymanki na kolejce górskiej, przedzierając się przez ten żal przemieszany z miłością i strachem.
I to głównie na emocjach zasadza się książka. Gdyby Marsh była gorszym rzemieślnikiem, „Wszystko, co mam” byłoby trudną do wytrzymania mieszanką, całość zaś sztuczna. Na szczęście dzięki umiejętności wyważenia uczuć i przekazania ich bohaterom. Dzięki temu nie są jednowymiarowi, łatwo ich także polubić i widać od początku, że coś ich łączyło, że to coś jeszcze się tli, a im samym ciągle na sobie zależy [już pierwsze strony to zapowiadają – Hanna bez wahania spędzająca dwa tygodnie bez przerwy przy łóżku męża mimo wcześniejszej decyzji o odejściu]. To potrafi zaangażować emocjonalnie czytelników [mniej więcej].
Do tego robi to wszystko na tyle zgrabnie, że nie widać jakiegoś niezręcznego przeskakiwania pomiędzy emocjami – nie ma nagłego przejścia Hanny od chęci odejścia do wielkiej [ponownej] miłości na całe życie – jest powolne przechodzenie od niechęci przemieszanej z przywiązaniem do przywiązania i odbudowywania więzi.
I choć samo to mogłoby wystarczyć na całą książkę, to Katie Marsh dołożyła do tego jeszcze Julie – siostrę Toma, która po udarze brata przyjeżdża do Londynu, by mu pomóc. Niby nic, ale jeśli doliczy się do tego konflikt z przeszłości, buntownicze i pełne niechęci [obopólne zresztą] nastawienie młodszej siostry do szwagierki, a także kilka zadr między rodzeństwem, to dochodzi kolejny w miarę ciekawy wątek. Julie staje się trzeci ważnym w tej książce bohaterem, może nie najważniejszym, ale niejednokrotnie napędzającym wydarzenia. Poza tym, tak jak w wypadku Toma i Hanny, można obserwować jej przemianę i jej drogę w ciągu tych siedmiu lat związku jej brata.
Tym sposobem czytelnicy otrzymuje istny kocioł emocji, który dźwiga resztę – pozwala zrozumieć kolejne, często niejednoznaczne, decyzje bohaterów, a także sprawia, że z chęcią kibicuje się im. „Wszystko, co mam” nie jest najlepszą powieścią wydaną w cyklu „Kobiety, to czytają”, ale dobrze się to czyta. Morał z opowieści nie jest jakoś szczególnie oryginalny, ale bohaterowie, których da się polubić, a także prosty język i emocje właśnie sprawiają, że jest to całkiem niezła lektura.
Marta Kraszewska
Marta Kraszewska
