
REKLAMA
W spokojne życie trzyosobowej, amerykańskiej rodziny Dosson niespodziewanie wkracza dziennikarz George Flack, który za swój cel stawia sobie zdobycie względów młodej panny Francie i przychylności jej starszej siostry i ojca. Gdy wydaje się, że mu się to udało, na ich drodze pojawia się Gaston Probert, który szybko zdobywa jej rękę. Jednak Flack nie spocznie, póki nie zrealizuje swoich planów…
Tym razem ważnych postaci czytelnik ma trzy, z przebłyskami na cztery. A zatem jest Francie, miłe i piękne dziewczę, podbijające serca młodzieńców, jest jej starsza siostra Delia chcąca niezwłocznie zaręczyć ją, jednak niekoniecznie z kręcącym się wokół nich Flackiem. Obok panien Dosson postawić można owego młodego dziennikarza z ambicjami i Gastona rozdartego między miłością do Francie i szacunkiem do rodziny, której nie za bardzo podobają się plany młodego Proberta. Innymi słowy całkiem przyjemna historia z trójkątem miłosnym w tle.
Znany ze swoich analiz dotyczących Amerykanów rzuconych bez uprzedzenia do kultury europejskiej [lub też odwrotnie, jak pokazują choćby jego „Europejczycy”], Henry James w „Echu” serwuje czytelnikom miniaturę. Choć została dopracowana pod każdym względem – nie zabrakło miejsca ani dla prostej historii ani dla wielowymiarowych bohaterów ani dla celnych komentarzy autora – to po odłożeniu książki czuć niedosyt. Niby to dwieście stron, ale to tylko dwieście stron – czegoś brakuje, chyba po trochu wszystkiego, co James zawarł na stronach miniatury.
Można spotkać się ze stwierdzeniem, że to najsłabsza pozycja w dorobku Henry’ego Jamesa. Możliwe, że to prawda – trudno oceniać komuś, dla kogo „Echo” to czwarta przeczytana książka tego amerykańskiego autora – jednak nie da się nie zauważyć, że nadal jest to dzieło z wysokiej półki. Henry James ma z czego spadać, bo każda jego historia napisana została z rozmachem i precyzją, a nade wszystko z wielkim kunsztem literackim. A zatem jeśli raz zdarzyło mu się napisać coś gorszego, to będzie to wychwytywalne jedynie dla osób znających jego cały dorobek [bo, nie da się zaprzeczyć, że rzeczywiście w porównaniu do „Portretu damy”, rzeczywiście „Echo” wypada blado], dla reszty [ale i dla wiernych czytelników Henry’ego Jamesa] to nadal wielka literatura.
„Echo” to kolejna satyra na życie wyższych sfer, jednak nie aż tak kąśliwie. Henry James skupił się bardziej na uległości młodych względem rodziny, na podporządkowywaniu się dzieci rodzicom, nawet jeśli miałoby to pogrzebać ich szczęście. I wbrew pozorom nie dotyczy to jedynie Gastona Proberta, który przez całą książkę miota się między wybranką a swoim rodem, bo nieważne jak bardzo sympatyczna i dobroduszna jest cała rodzina Dosson i jak szybko potrafi zaskarbić serca czytelników i wszystkich bohaterów dookoła, nie da się ukryć, że i oni wpływają, i to mocno, na plany życiowe Francie, która podobnie do swojej duchowej towarzyski – Anne Elliot z „Perswazji” Austen – w zasadzie raczej poddaje się losowi.
To także opowieść o gazetach. Wszak to na jej łamach za czasów Henry’ego Jamesa ukazywały się powieści, to w niej czytelnicy odnajdywali kolejne części ulubionych historii, w tym także i dzieła samego Jamesa [tak, także „Echo” pierwotnie publikowane było w odcinkach w „Macmillian’s Magazine”]. Tu autor piętnuje – ale delikatnie i nie zawsze wprost – pogoń prasy za sensacją, działania dziennikarzy, a także komentuje samo jej istnienie, za pomocą jednego z bohaterów mówi o jej wpływie na życie ludzkie. Jak zawsze, z wrodzoną sobie celnością i zgryźliwością.
Jeśli zaś chodzi o jego temat przewodni – Amerykanie a Europejczycy, to i w „Echu” go nie zabrakło. Jako, że objętościowo jest to historia krótka, to wykorzystuje ekspozycję bohaterów, do ukazania różnic mentalnych – opisy postaci i komentarze co do poszczególnych bohaterów to istne perełki – James nie potrzebuje wielu słów, by uzyskać oczekiwany efekt. Do tego wrzucenie prostolinijnej amerykańskiej rodziny w sam środek arystokratycznej francuskiej rodziny – i voila, tylko patrzeć co z tego wyjdzie.
Innymi słowy – choć to nie jest najlepsze dzieło Henry’ego Jamesa, to i tak stanowi pozycję obowiązkową dla każdego czytelnika, szczególnie zaś dla miłośników XIX-wiecznej prozy. A odczuwany po lekturze niedosyt zawsze można zapełnić sięgnięciem po inne jego powieści. I zanurzyć się już na dobre w wspaniałym języku, ciętym humorze Jamesa i w jego – często - prostych, ale i cudownych opowieściach.
Marta Kraszewska
Marta Kraszewska
