
Są elementem każdej wojny. Uciekają, kiedy nadzieja na zwycięstwo gaśnie. Uciekają przed bombami, śmiercią, kalectwem i represjami. Uciekają by wyleczyć rany, zaznać odrobiny normalności, bezpieczeństwa. I cierpią, bowiem na obczyźnie nawet smak miodu bywa gorzki, a kolor jego nie jest tak złocisty jak w ojczyźnie.
REKLAMA
Jako nastolatek byłem w gościnie u dalekiej kuzynki mojej matki. Kuzynka ta, już rozwiedziona, miała dwie córki o imionach zaczerpniętych z mitologii greckiej i zniewalającej, nietypowej wręcz urodzie. Onieśmielały mnie n tyle, że nie byłem w stanie zadać naturalnego wręcz pytania, skąd u licha grecki ojciec w przaśnej peerelowskiej rzeczywistości. Wojna w Grecji i dyktatura były wtedy dla mnie tak egzotyczne, że szybko przestałem się zajmować zarówno pochodzeniem, jak i uroczymi kuzynkami. Przyznam również, ze wstydem, iż zainteresowania nastolatka bywają niestałe. Musiały minąć lata, bym uświadomił sobie, ze wielka historia często dotyka ludzi nam bliskich.
Cóż wiemy o wojnie domowej w Grecji? Chyba niewiele, zdawkowe informacje o tym, jak to Stalin zdradził greckich komunistów, którzy również niepotrzebni Brytyjczykom, stali się ofiarami dowiedzionego przed laty bohaterstwa. Wielu, w dobie układania historii w sposób dwubiegunowy, tworzy dla siebie schemat, w której to szlachetni greccy patrioci uniemożliwili wrednym greckim komunistom realizację planów stworzenia raju na ziemi w sercu basenu Morza Śródziemnego. To westernowate podejście do historii jest bardzo wygodne, zwalnia bowiem z krytycznej analizy przeszłości i nieco trzeźwiejszego spojrzenia na teraźniejszość. Po Grekach z tamtych lat zostały w Polsce wspomnienia, bulwar w Zgorzelcu, dwa pomniki Belojanisa, kilka tysięcy osób, które przyznają się do greckich korzeni. Zostały również piosenki Eleni, znakomite tłumaczenia literatury greckiej Nikosa Chadzinikolau, nieco poezji. Zniknęło na zawsze cenne archiwum greckiej diaspory w Polsce, powoli niknie grecka osada i spółdzielnia w Krościenku. Nawet tesknota tych nielicznych, co pozostali, nie jest tak dotkliwa. Wszak szybko można polecieć do Aten czy na jedną z wysp, a w sklepach dostać można fetę i oliwki z pestkami, to najlepsze lekarstwo na nostalgię.
Polska lat czterdziestych XX wieku. Kraj podnosił się z ruin, trwała również bratobójcza, wyniszczająca wojna, której jedynym beneficjentem okazał się Stalin. W tej biednej rzeczywistości pojawili się w Polsce ci, dla których znalazła się pomoc. Poranieni, pokaleczeni na ciele i duszy. Ludzie dorośli i małe dzieci, często porozbijane rodziny. Na dalekiej, dla nich, północy znaleźli ciepłe i serdeczne przyjęcie. Czy zadziałało tu poczucie zbieżnych, wojennych doświadczeń? A może to przymus państwowy kazał nam zapomnieć o własnym egoizmie? Prawdopodobnie zadziałały tu obie te okoliczności. Przybysze osiedlono najpierw z granicznym Zgorzelcu, by potem przenieść ich w dalekie Bieszczady. Od zera stworzyli do dziś prężnie działającą spółdzielnię rolną, kobiety wychodziły za mąż za Polaków, mężczyźni brali Polki za żony. Wtapiając się w nasze społeczeństwo, każdego roku życzyli sobie, by następne święta spędzić w dalekiej ojczyźnie. Ich śladem ruszył potomek uchodźców, świetny dziennikarz i reportażysta Dionisios Sturis. Efektem jego trzyletniej pracy są relacje ludzi, którzy pamiętali tamte dni z lat czterdziestych.
Lektura książki Sturisa zmusza do przemodelowania swojej wizji świata. Nie chodzi tu bynajmniej o nasze spojrzenie na uchodźców. Zapomnieliśmy o grozie wojny, by choć na chwilę odsunąć ten nasz przeklęty, narodowy egoizm. Zbyt długo żyliśmy w pokoju, by bez traumatycznych doświadczeń zrozumieć czym jest człowieczeństwo i empatia, a nauka tych pojęć byłaby dla nas zbyt kosztowna. Spójrzmy jednak na samą historię i nasze, dwubiegunowe jej postrzeganie. Oto grecka prawica, do rozbrojenia greckich komunistów, powołuje pod broń internowanych wcześniej kolaborantów. Bohatera ruchu oporu, Belojanisa, skazuje na śmierć mężczyzna, który kilka lat wcześniej przysięgał na wierność wodzowi III Rzeszy. I to wszystko dzieje się w kraju, w którym w czasie wojny zmarło z głodu kilkaset tysięcy ludzi. Ten sam, dawny kolaborant, stoi na czele junty pułkowników, łamiąc podstawowe prawa obywatelskie. Pomyślmy nad tym przez chwilę, pamiętając, że i u nas pseudo patrioci potrafią wznieść prawe ramię w hitlerowskim pozdrowieniu.
Polska lat czterdziestych XX wieku. Kraj podnosił się z ruin, trwała również bratobójcza, wyniszczająca wojna, której jedynym beneficjentem okazał się Stalin. W tej biednej rzeczywistości pojawili się w Polsce ci, dla których znalazła się pomoc. Poranieni, pokaleczeni na ciele i duszy. Ludzie dorośli i małe dzieci, często porozbijane rodziny. Na dalekiej, dla nich, północy znaleźli ciepłe i serdeczne przyjęcie. Czy zadziałało tu poczucie zbieżnych, wojennych doświadczeń? A może to przymus państwowy kazał nam zapomnieć o własnym egoizmie? Prawdopodobnie zadziałały tu obie te okoliczności. Przybysze osiedlono najpierw z granicznym Zgorzelcu, by potem przenieść ich w dalekie Bieszczady. Od zera stworzyli do dziś prężnie działającą spółdzielnię rolną, kobiety wychodziły za mąż za Polaków, mężczyźni brali Polki za żony. Wtapiając się w nasze społeczeństwo, każdego roku życzyli sobie, by następne święta spędzić w dalekiej ojczyźnie. Ich śladem ruszył potomek uchodźców, świetny dziennikarz i reportażysta Dionisios Sturis. Efektem jego trzyletniej pracy są relacje ludzi, którzy pamiętali tamte dni z lat czterdziestych.
Lektura książki Sturisa zmusza do przemodelowania swojej wizji świata. Nie chodzi tu bynajmniej o nasze spojrzenie na uchodźców. Zapomnieliśmy o grozie wojny, by choć na chwilę odsunąć ten nasz przeklęty, narodowy egoizm. Zbyt długo żyliśmy w pokoju, by bez traumatycznych doświadczeń zrozumieć czym jest człowieczeństwo i empatia, a nauka tych pojęć byłaby dla nas zbyt kosztowna. Spójrzmy jednak na samą historię i nasze, dwubiegunowe jej postrzeganie. Oto grecka prawica, do rozbrojenia greckich komunistów, powołuje pod broń internowanych wcześniej kolaborantów. Bohatera ruchu oporu, Belojanisa, skazuje na śmierć mężczyzna, który kilka lat wcześniej przysięgał na wierność wodzowi III Rzeszy. I to wszystko dzieje się w kraju, w którym w czasie wojny zmarło z głodu kilkaset tysięcy ludzi. Ten sam, dawny kolaborant, stoi na czele junty pułkowników, łamiąc podstawowe prawa obywatelskie. Pomyślmy nad tym przez chwilę, pamiętając, że i u nas pseudo patrioci potrafią wznieść prawe ramię w hitlerowskim pozdrowieniu.
