
W górskiej dolince, pod wielkim karobem zostaje znalezione ciało starego Zeeva. Mężczyzna, który był legendą pobliskiego moszawu został zamordowany. Tego samego dnia w góry wyrusza Ejtan, mąż wnuczki zamordowanego. Gdyby nie stary, pamiętający jeszcze czasy pierwszej wojny światowej, karabin, można by pomyśleć, że Ejtan wybiera się na rekreacyjną wycieczkę. Mężczyzna nie idzie jednak, by odpocząć na łonie natury. On idzie po zemstę, wie bowiem, iż morderca wróci następnego dnia na miejsce zbrodni, którą tylko on, Ejtan, może ukarać. Oko za oko, ząb za ząb.
REKLAMA
Każda, nawet najmniejsza społeczność ma swoje tajemnice. Wiedzą o nich wszyscy jej obywatele, ale nikt głośno się nad nimi nie rozwodzi. Zdarzyło się, nikt już tego nie cofnie, więc po co o tym rozmawiać. W tym małym moszawie doszło przed kilkudziesięciu laty do morderstwa. Zamordowany był przybyszem z dalekiej Turcji i zdołał zaaklimatyzować się w nowej społeczności. Stracił życie w czasie, w którym dwóch innych mieszkańców popełniło samobójstwo, jednak wszyscy wydają się wiedzieć, że za tą śmiercią stoi ktoś inny. W następnych latach życie moszawu określają zbiory i historia Izraela. Młodzież idzie do wojska, część wybiera łatwiejsze życie w mieście, ale wielu wraca, często wraz z innymi. Pary wiążą się węzłem ślubnym, rodzą się kolejne pokolenia, ludzie przeżywają chwile małego szczęścia, ale też chwile wielkich tragedii.
Ejtan jest jednym z takich przybyszy. Zafascynowany siostrą kolegi z wojska postanawia związać swoje losy z moszawem. Młodzi jednak nie mogą cieszyć się zbyt długo szczęściem. Tragedia jaka ich spotyka załamuje mężczyznę. Ejtan jest w stanie wykonywać tylko proste, wymagające siły czynności. Zachowuje się tak, jakby obce było mu wszystko, czego się nauczył przez całe swoje życie. czy to świadomość, iż zawiódł jako mężczyzna i obrońca najbliższych tak go powaliła? Staje się obojętny na wszystko i wszystkich, a jedynym, który może mu pomóc jest właśnie dziadek Zeev. W dniu śmierci nestora rodziny, zaczyna budzić się stary Ejtan, choćby tylko po to, by pomścić krew niewinnie przelaną.
Pragnienie zemsty. Któż z nas jego nie doświadczył? Każdy z nas w jakimś momencie życia został zraniony tak mocno, iż rozważał sposób, w jaki odpłaci za wyrządzoną krzywdę. Pragnienie zemsty jest tym silniejsze, im w młodszym wieku jesteśmy. Na starość patrzymy na pojęcie krzywdy w inny sposób, więcej jesteśmy w stanie wybaczyć, choćby z poczucia wyższości nad innymi. W książce Meira Shaleva zemsta przybiera różne oblicza. Jest zemsta mężczyzny o zranionym ego. Zemsta kobiety, która nie chce odebrać życia, ale kaleczy i naznacza na resztę życia. Wreszcie jest zemsta na samym sobie, swoista autodestrukcja za winy i zaniedbania samego mściciela. I spinająca całą historię zemsta beznamiętna, dokonana w poczuciu posiadania racji, bez złości i satysfakcji. Czytelnik ma wrażenie, że oto chodzący trup godzi w żywego człowieka i to właśnie wrażenie zwielokrotnia jego przerażenie.
Meir Shalev opisuje nam nieznany do tej pory Izrael. Tu nie ma wszechobecnego konfliktu, osadników czy terrorystycznych zamachów. Nie znaczy to jednak, że brakuje w niej dylematów moralnych. Nie widzimy ich co prawda, postacie w chwilach próby są opanowani. To chwila, w której trzeba wykazać się zimną krwią, należy zrobić to, czego wymagają okoliczności, a na rozważania czy rozpacz przyjdzie jeszcze czas. Metamorfoza, jaka w nich zachodzi zaskakuje. Odreagowanie napięcia czy luksus przeżycia chwili słabości? A może jedno i drugie? Ich ból i emocje mogą ujawnić się dopiero wtedy, kiedy już nic nie można zrobić, kiedy pozostaje jedynie miejsce na ból. Wydaje mi się, że po tej książce zaczynam rozumieć Izraelczyków przypominających często kaktus opuncji. Twardzi i kolczaści na zewnątrz, delikatni w środku tak bardzo, iż łatwo ich zranić, rzeczywiście odpowiadają slangowemu określeniu sabra.
A Meir Shalev? Cóż, po raz kolejny dowiódł, że jest mistrzem słowa.
