
REKLAMA
Dwudziestokilkuletnia Jagoda właśnie się niemal całkowicie usamodzielniła. Jej rodzice wyjechali za ocean, ona zaś zaczyna utrzymywać się ze swojej pracy malarskiej. Utalentowana i lekko zakręcona pewnego dnia spotyka na swojej drodze ulicznego muzyka i od tej chwili jej życie zmienia się całkowicie.
Brzmi banalnie, ale Ewa Cielesz ma dar do ubierania banałów i papierowych motywów w żywą, prawdziwą i wciągającą historię. Tak było w przypadku trylogii „Córka Cieni”, tak jest i w przypadku „Słońce umiera i tańczy” pierwszego tomu nowej serii? trylogii? tej polskiej pisarki.
Ta powtarzalność najbanalniejszej ze wszystkich historii miłosnych – dziewczyna poznaje chłopaka i zakochują się od pierwszego momentu – działa u Cielesz głównie dlatego, że tu nic nie jest całkowicie oczywiste, a zarazem oczywiste jest wszystko. Albo gdyby powiedzieć o tym prościej – dla Jagody nawet najbardziej skomplikowane rzeczy są proste, łatwe do przyjęcia [ni stąd ni z owąd zająć się przez parę dni małą, niemal nieznajomą dziewczynką? Jasne, gdzie tu niby miałyby być jakieś wątpliwości?], w zasadzie nie potrzebuje wyjaśnień i tłumaczeń, a kolejne zawirowania na swojej drodze przyjmuje ze spokojem. A jednocześnie te kolejne problemy, przeszkody na drodze Jagody nie są wydarzeniami, o jakich pomyślałby w pierwszej [czy drugiej] chwili czytelnik.
„Oczywiście możesz twierdzić inaczej. Ale moim zdaniem albo nie kochasz prawdziwie, albo kochasz tak, że po kolejnych zawodach będziesz chciał wyrwać sobie serce.”
Poza tym „Słońce umiera i tańczy” ucieka przed banałem także dzięki mocno rozbudowanemu drugiemu planowi, pobocznym bohaterom oraz licznymi wątkami fabularnymi. Tak więc, jeśli nie szuka się w historii napisanej przez Cielesz romansu, a powieści obyczajowej czy nawet wątków sensacyjnych – proszę bardzo, to wszystko w tej powieści jest. Choć to nie jest też tak, że te pozostałe historie wplecione w fabułę znalazły się tam dla urozmaicenia nudnego bądź też przesłodzonego [mimo że czasem to się łączy] romansu. Nie, bo zdecydowanie historia Jagody i ulicznego muzyka do przesadzonych i wyidealizowanych nie należy. Jest po prostu na wskroś prawdziwa.
„-[…] Powiedziałeś wtedy […] zrobiłbyś wszystko, gdyby tego potrzebowała.
- Pamiętam. […] Ale to nie zależy tylko od jednej osoby.
- Nie od osoby. To zależy od miłości. Od jej mocy.”
- Pamiętam. […] Ale to nie zależy tylko od jednej osoby.
- Nie od osoby. To zależy od miłości. Od jej mocy.”
A jakby tego mało to Ewa Cielesz opowiada także w „Słońce umiera i tańczy” o roli i życiu artysty. Artystką jest Jagoda – malarka wchodząca coraz pewniej w dorosłe życie, pełna pomysłów i talentu. Artystą jest też spotkany przez nią uliczny muzyk [tu autorka poniższego tekstu powie tylko, że z rozmysłem nie podaje za wielu szczegółów dotyczących książki, w tym imienia wybranka Jagody, bo to ten przypadek, gdy lepiej wiedzieć jak najmniej o tekście], powoli przekonujący się, że jego muzyka jest coś warta. Mają dwie różne spojrzenia na sztukę, dwa różne sposoby widzenia i przekazywania piękna i Ewa Cielesz w fantastyczny sposób konfrontuje ich wizje.
„Słońce umiera i tańczy” jest lekturą satysfakcjonującą. Począwszy od języka i sposobu narracji – lekko ironicznego, a przede wszystkim jakby trochę oderwanego od rzeczywistości – poprzez portrety bohaterów – zarówno w tych głównych, jak i drugoplanowych łatwo uwierzyć – aż po fabułę. Nie pozwala się oderwać, a na koniec tylko żal, że na kolejny tom trzeba poczekać aż do jesieni.
Marta Kraszewska
Marta Kraszewska
