Andres Ibanez
Lśnij, morze Edenu
Andres Ibanez Lśnij, morze Edenu Wydawnictwo Rebis

Grupa ludzi uratowanych po katastrofie samolotu znalazła się na tajemniczej wyspie. Są skazani na własne towarzystwo i nie mogą liczyć na jakąkolwiek pomoc. Tak zaczyna się eksplozja literacka, którą obdarzył nas Andres Ibanez.

REKLAMA
Nasza historia zaczyna się mniej więcej tak, jak „Władcy much” Goldinga. Po katastrofie lotniczej na bezludnej wyspie znalazła się grupa uratowanych podróżnych. Ich sytuacja jest bardzo trudna, mogą bowiem liczyć tylko na siebie, własną pomysłowość i to, co zdołają uratować z luków samolotu. W takich sytuacjach szybko wyłaniają się naturalni liderzy społeczności. Zimna krew, nabyte umiejętności i wiedza muszą budzić u innych autorytet. Społeczność zajmuje się więc w pierwszej kolejności uratowaniem z wraku wszystkiego, co się może przydać, jednocześnie opiekując się poszkodowanymi w wypadku. Kolejnym krokiem jest budowa choćby prymitywnych schronień i poszukiwanie żywności. Szybko się jednak okazuje, że nasi rozbitkowie nie są jedynymi mieszkańcami wyspy, a obcy zainteresowani są dziećmi rozbitków.
Pierwsze, na co zwróci uwagę czytelnik w czasie lektury jest pomieszanie wątków w sposób, który co prawda sprawia wrażenie chaosu, ale po wczytaniu się w narrację, jest spójny. Obowiązek wprowadzenia nas w świat rozbitków spoczął na jednym z bohaterów. Juan Barbarin, kompozytor i kobieciarz, a przede wszystkim człowiek zorganizowany i potrafiący logicznie myśleć i wyciągać wnioski, wydaje się wręcz stworzony do roli Cicerone. Oczywiście cała akcja powieści kręci się wokół naszego narratora, który przekazuje nam niektóre tajemnice z własnej przeszłości i wprowadza czytelników w klimat nieco mistyczny. Czegóż bowiem nie ma na wyspie? Jest przemoc, z której ma wynikać jakiś przekaz dla rozbitków. Są cudowne ozdrowienia- kaleka wstaje z wózka, a niedowidząca kobieta odzyskuje wzrok. Wreszcie jest tajemnicza korporacja i lewacy, którzy stawiają jej opór. Wreszcie jest walka o przetrwanie, problemy dnia codziennego, znaki, właściwe naszej współczesności, seks i muzyka klasyczna. Tej książki nie sposób opowiedzieć, jej treść jest zbyt bogata, „Lśnij….” Trzeba po prostu przeczytać i to kilka razy. Za drugim razem warto jest przerywać lekturę utworami muzycznymi czy lekturą Goldinga, Bolano, czy pism ideologów współczesnych ruchów lewackich. I wtedy trzecia, kolejna lektura Ibaneza pozwoli nam wgryźć się w te dzisiejsze czasy, o których tak naprawdę pisze Autor.
A te naprawdę są ciekawe.

Czy chcesz dostawać info o nowych wpisach?